Szukali grobów Niemców, znaleźli Rosjanina w dziwnych butach.

Szukali grobów Niemców, znaleźli Rosjanina w dziwnych butach. Ziemia wciąż skrywa szczątki wielu bezimiennych ofiar II wojny światowej

Rafał Grądzki, 7 maja 2018

Mogiła 10 żołnierzy niemieckich po szczegółowym oczyszczeniu szkieletów i przygotowaniu do dokumentacji. Gmina Brzeżno (Fot. Rafał Iwanicki)

Na samym Pomorzu według ostrożnych obliczeń wciąż leży gdzieś 10-15 tysięcy Niemców, do 10 tysięcy Rosjan i kilka tysięcy Polaków. Niektórych mogił nigdy nie odnajdziemy

– Grób był na polu, niedaleko domu. Taki podłużny kopczyk z krzyżem – opowiadał starszy pan, który pewnego popołudnia 2016 roku odwiedził muzeum w zamku w Świdwinie. – Poprzedni właściciel gospodarstwa, Zahn się chyba nazywał, sam ich zakopał. Mówił, że pięciu ich tam leży. Schowali się w kurniku, zobaczyli Sowietów, jeden spanikował i otworzył ogień. Ruscy obrzucili kurnik granatami i wszystkich ubili.

– Gdzie dokładnie jest ta mogiła? – pyta Rafał Iwanicki, który pełnił tego dnia dyżur w salach wystawowych.

– Mogę panu pokazać.

37-letni Iwanicki pracuje na co dzień w Świdwińskim Ośrodku Kultury. W czasie wolnym poszukuje grobów bezimiennych ofiar II wojny światowej.

– Miałem 11 lat i ciągły głód wiedzy. Czytałem wszystko. Ale to była teoria, a ja chciałem poznawać historię namacalnie. W kwartalniku „Mundur i Broń” natknąłem się na artykuł o zlocie poszukiwaczy skarbów. Wpadłem na pomysł, że będę szukał grobów żołnierzy, a przy okazji może pomogę tym, którzy nie wiedzą, co stało się z ich bliskimi.

Doktor Andrzej Ossowski, biolog, kierownik Zakładu Genetyki Sądowej w Szczecinie, ekspert od identyfikacji zwłok: – Pomorze Zachodnie to specyficzny teren. Nie ma świadków działań wojennych, bo ich wysiedlono. Ci, którzy zostali, zmienili miejsce zamieszkania. W niektórych rejonach – tuż po zakończeniu walk – w ogóle nie było ludności. Nie można było skutecznie przeprowadzić akcji oczyszczenia pól bitewnych z pochowanych tam poległych.

Na cmentarze zabierano ciała głównie z dużych miejscowości, a walczono wszędzie. O wielu mogiłach zapomniano. I zrobił się problem.

Grobami Polaków zajęto się zaraz po wojnie. Szczątki poprzenoszono na wojskowe cmentarze. Mimo to od czasu do czasu wciąż znajdowani są kolejni.

Rosjanie, korzystając z pomocy Polskiego Czerwonego Krzyża, zbierali swoich w latach 50. Niechlujnie. Czasem pakowali w trumny kompletne ciała, czasem, jak w Kostrzynie, tylko głowy. Część mogił pominęli. Niemców nikt nie ruszał w Polsce do 1991 roku. Dopiero traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy podpisany przez Bieleckiego i Kohla uregulował sprawy ekshumacji i pochówku. Szacuje się, że na terenie Polski zginęło ponad pół miliona żołnierzy niemieckich. Do dziś w całym kraju wydobyto i ponownie pochowano ponad 150 tysięcy poległych.

– Na Pomorzu według naszych ostrożnych obliczeń – twierdzi Ossowski – wciąż leży gdzieś 10-15 tysięcy Niemców, do 10 tysięcy Rosjan i kilka tysięcy Polaków. Niektórych mogił nigdy nie odnajdziemy.

Luty 2017 roku, poranek. Dziesięć stopni mrozu. Ziemia skuta na kamień. Gdzieniegdzie śnieg. Na środku pola, nieopodal nieczynnego żwirowiska, kilkanaście osób ustawia koksownik i rozpakowuje sprzęt. Jest ekipa poszukiwawcza niemieckiego Volksbundu (Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge – Ludowy Związek Opieki nad Grobami Wojennymi) w pomarańczowych uniformach, są antropolodzy, pracownicy Zakładu Medycyny Sądowej w Szczecinie, archeolodzy i wolontariusze pasjonaci.

– Ale, k…a, zimno. – Ktoś rozciera skostniałe ręce.

Operator koparki uruchamia silnik. Łyżka maszyny nie może się przebić przez zamarzniętą ziemię. Ludzie chwytają za kilofy.

– Trzeba się rozgrzać – mówią.

Iwanicki: – Pamiętam swój pierwszy raz. W 2002 roku dostałem informację o zbiorowej mogile około 40 żołnierzy niemieckich w gminie Brzeżno pod Świdwinem. Zostawiłem o tym notatkę na forum poszukiwaczy. Odpisał Andrzej Ossowski z Zakładu Genetyki. Na spotkanie przyjechał z Piotrem Brzezińskim, kolegą ze stowarzyszenia Pomorze 1945. Prowadzili już prace na tym obszarze i chcieli mnie poznać. Zaufałem im, pokazałem miejsce na terenie dawnego cmentarza ewangelickiego. Za pierwszym razem się nie udało, bo kopaliśmy zbyt płytko. Wydobyliśmy ich dopiero za trzecim podejściem. W sumie 60 żołnierzy ułożonych warstwami niczym drewno na stosie. Zidentyfikowano 31 osób.

Potem poszły następne. 89 Niemców i 31 Rosjan pochowanych naprzeciwko siebie, jakby znów mieli ruszyć do walki. Odkopani na wiejskim boisku w Rożnowie Łobeskim. Zidentyfikowanych 22. Niemiecki porucznik, znaleziony w kolonii Nętno, obok ruin gospodarstwa. Informację o położeniu grobu przekazała mieszkająca na tym terenie Niemka. Zidentyfikowany jako Friedrich W. urodzony w 1913 roku. Wciąż miał na nosie okulary, gdy odsłaniano mogiłę. Dziesięciu żołnierzy niemieckich pogrzebanych przy dawnej gorzelni w Słonowicach. Zidentyfikowano dwóch.

– Pierwsze ekshumacje śniły mi się po nocach. Później zobojętniałem.

Odsłanianie szkieletów w mogile zbiorowej żołnierzy niemieckich i jednego rosyjskiego, pochowanych na polu. Prace trwały przy 10 stopniach poniżej zera. Gmina Brzeżno, luty 2017 r.Odsłanianie szkieletów w mogile zbiorowej żołnierzy niemieckich i jednego rosyjskiego, pochowanych na polu. Prace trwały przy 10 stopniach poniżej zera. Gmina Brzeżno, luty 2017 r. Fot. Rafał Iwanicki

Kilofy odrywają kolejne grudy ziemi. Koparka wybiera resztę. Kiedy otwór ma około metra, archeolog zeskakuje i bada warstwy gleby. Sprawdza, czy widać jakieś anomalie. Wygląda, że trafili w punkt, którego nikt wcześniej nie ruszał.

– To nie tu! – wyrokuje. – Trzeba jechać po świadka.

Poszukiwanie nie jest proste. Trzeba znać historię. Orientować się, gdzie toczyły się walki, jak przebiegały i kto brał w nich udział. Wiedzieć, że w rejonie tak zwanego kotła świdwińskiego nacierały 1. Armia Wojska Polskiego oraz rosyjskie 1. Armia Pancerna Gwardii i 3. Armia Uderzeniowa, a broniły się naprędce formowane lub uzupełniane trzy dywizje niemieckie: 5. Lekka, 163. Piechoty oraz 402. Zapasowa. Że od południa wspierała ich Grupa Korpuśna „von Tettau”, która w szeregach miała m.in. Francuzów, Holendrów oraz Łotyszy z ochotniczych jednostek Waffen SS. Po walkach żołnierze szli dalej, a miejscowa ludność chowała poległych. Wszędzie stało mnóstwo krzyży. Po wojnie zniknęły.

Z taką wiedzą jedzie się w teren na zwiad.

Szuka się najstarszych mieszkańców. Byli wtedy dziećmi, a te z natury są ciekawskie i sporo zapamiętują.

Pyta się, jak dana miejscowość wyglądała w połowie lat 40. Czy pamiętają groby. Te na polach, w lasach, ogródkach, obejściach lub pod ścianami budynków. Niektórzy sobie przypominają i wskazują prawdopodobne położenie mogiły. Potem pyta się innych. Jeśli dwie, trzy osoby niezależnie od siebie potwierdzą, że w tym miejscu ktoś leży, istnieje prawdopodobieństwo, że to prawda. Żeby mieć całkowitą pewność, sprawdza się jeszcze dokumenty. W lokalnych oddziałach archiwów państwowych istnieją działy, które zajmują się grobownictwem wojennym. Tam szuka się wskazówek potwierdzających relacje świadków. Można też skorzystać z archiwów Niemieckiego Czerwonego Krzyża i Volksbundu. Figuruje w nich około 2 milionów nazwisk zaginionych. Rosjanie dysponują ogromnym archiwum ministerstwa obrony Federacji Rosyjskiej (CAMO), choć dostęp do niego nie jest prosty.

A jeśli danych nie ma?

– No to szukaj wiatru w polu. – Wzrusza ramionami Rafał. – Dowódcy 163. Dywizji Karla Rübela nie odnaleziono do dziś. Zginął podczas przypadkowej strzelaniny niedługo po wzięciu go przez Rosjan do niewoli. Nikt nie wie, gdzie dokładnie został pochowany. Nie da się przekopać całej wsi.

W Kołobrzegu fundacja Pamięć od wielu lat nie może namierzyć obszaru, na którym według archiwów leży ponad 600 poległych. Chowano ich jeden obok drugiego, w pojedynczych grobach. Kiedyś był tam park zdrojowy, potem jednostka wojskowa. Ale to wciąż zbyt duży teren. Świadkowie nie żyją, dokumenty są nieprecyzyjne. Podobnie z mogiłami więźniów z filii obozu koncentracyjnego Stutthof w Policach i 1500 ofiar marszu śmierci z obozu jenieckiego lotników alianckich Stalag Luft IV pod Tychowem. Wiadomo, że są. Nikt nie wie gdzie.

– Panowie, w złym miejscu kopiecie, to jest tu. – Świadek wskazuje na punkt cztery metry dalej.

– Jak pan może po tylu latach stwierdzić to tak dokładnie? – pyta jeden z poszukiwaczy.

– Patrzyłem na ten grób zza okna mojego pokoju. Zanim ojciec usunął krzyż i zaorał pole do końca.

Znów w ruch idą kilofy. Koparka odciąga co większe grudy. Po godzinie łyżka trafia na jedną z kości ręki. Z rozerwanej kieszeni munduru wypada kawałek zniszczonego dokumentu. Ludzie odpoczywają i przyglądają się mogile.

Bywa, że kopanie rozpoczyna się pół roku po uzyskaniu pierwszej informacji. Bo właściciel terenu, parafia, konserwator zabytków, sanepid – każdy musi na coś pozwolić. Stowarzyszenie Pomorze 1945, które zrzesza pasjonatów, zbiera dane i przekazuje je założonej przez Volksbund fundacji Pamięć, która po zweryfikowaniu występuje o pozwolenie na podjęcie prac. Po niedawnej nowelizacji ustawy o grobach i cmentarzach wojennych zgodę na ekshumacje wydaje IPN. Zmiana przepisów spowodowała drastyczny spadek liczby nowych akcji poszukiwawczych. Nie tylko na Pomorzu. Na rozpatrzenie czeka już kilkaset wniosków. Urzędnicy mnożą trudności proceduralne.

Zgody zamiast w miesiąc wydawane są czasem po półtora roku od złożenia kompletu wymaganych przez prawo dokumentów.

– To praca na wiele lat – mówi doktor Ossowski. – Już dawno powinniśmy zebrać swoich i cudzych poległych. Poprzenosić i pochować z godnością we właściwym miejscu. Żeby nie leżeli po polach, ogródkach, w rowach czy lasach. Pokazać, że jesteśmy narodem cywilizowanym i z szacunkiem podchodzimy do ludzkich szczątków, a ocenę zostawić historykom.

Typowa ekshumacja trwa dwa-trzy dni, choć – jeśli grób jest duży – może się ciągnąć przez tydzień.

Najpierw zdejmuje się warstwę wierzchnią. Archeolodzy nazywają ją humusem. Z chwilą pojawienia się pierwszych kości w ruch idą szpachelki i pędzelki. Każde ciało ma swoją dokumentację. Wszystkie znalezione przedmioty są oznaczane i katalogowane.

Jeśli przy zwłokach – co wcale nie jest oczywiste – znajdują się nieśmiertelniki, spisuje się ich numery i przekazuje do identyfikacji. Jest ich zazwyczaj mniej niż ciał. Z różnych powodów. Rosjanie często zabierali je jako trofea. Mieszkańcy chowali dokumenty, a nieśmiertelniki przybijali do krzyży. Pola orano, łąki zarastały trawą, krzyże ginęły lub rozpadały się, blaszki rdzewiały, papiery paliły się lub niszczały.

Kiedyś pewna Niemka, chowając kilkunastu swoich, zebrała identyfikatory do puszki i zakopała na środku pola w leju po bombie. Szansa odnalezienia takiego małego skrawka metalu na kilku hektarach jest niewielka. Szczątków nie udało się zidentyfikować.

Tożsamość Rosjan ustala się głównie po medalach. Każde odznaczenie ma swój indywidualny kod powiązany w dokumentach z konkretnym nazwiskiem.

Najgorzej z Polakami. Nie mieli nieśmiertelników i nie przejęli od Armii Radzieckiej systemu ewidencji medali.

– W Osieku Drawskim znaleźliśmy 15 naszych – mówi Iwanicki. – W tym wypadku archiwa okazały się bezcenne. Podjęliśmy akcję. Jeden z poległych wciąż miał na czapce wrześniowego orzełka. Nikt nie zabronił mu go nosić. Możliwe, że brał udział w kampanii wrześniowej. Potem zsyłka, Sielce nad Oką i szlak od Lenino aż po śmierć pod Drawskiem. Do tej pory nie udało się dokładnie przypisać kości do nazwisk.

Można próbować badań genetycznych. Pobiera się wówczas materiał z kości udowej lub zdrowych zębów trzonowych. Trzeba tylko mieć z czym go porównać. I być cierpliwym.

Ossowski: – Czasem trzeba lat, by wyizolować dobrze zachowany fragment DNA, który nadaje się do porównań. Kości leżą w ziemi. Po kilkudziesięciu latach wydobywany z nich materiał to jedna wielka sieczka. Nie wszyscy to rozumieją i żądają natychmiastowych wyników, najlepiej zgodnych z ich przypuszczeniami. A tu nie ma miejsca na hipotezy. Trzeba mieć 100 procent pewności.

Orzełek polski wydobyty wraz z żołnierzem podczas ekshumacji na cmentarzu w Osieku Drawskim, lato 2014 r.Orzełek polski wydobyty wraz z żołnierzem podczas ekshumacji na cmentarzu w Osieku Drawskim, lato 2014 r. Fot. Rafał Iwanicki

Poszukiwacze sięgają po szpachelki, metodycznie ściągają kolejne porcje ziemi. Centymetr po centymetrze. Ciągle na kolanach. Każde wydobyte wiadro ziemi musi zostać przesiane i sprawdzone detektorem metalu. Wszystkie znalezione rzeczy są odkładane do późniejszego przebadania. Mróz wciąż daje się we znaki. Bez zmian i odpoczynku przy koksowniku byłoby kiepsko. Ktoś wypuszcza drona, by dokumentować postęp prac z powietrza. Ktoś inny robi zdjęcia z poziomu wykopu. W końcu oczom poszukiwaczy ukazuje się sześć kompletnych szkieletów. Według świadka miało być pięć.

Podczas poszukiwań nie brakuje niespodzianek.

Iwanicki: – Na pewnym wiejskim cmentarzu po jednej stronie alejki były rzędy dobrze utrzymanych współczesnych mogił. Po drugiej samotny grób bez oznaczeń. Tam właśnie mieliśmy kopać. „Kto tu leży?” – zapytaliśmy gapiów. „Samobójca – powiedzieli. – Ksiądz nie pozwolił pochować go razem z innymi”. Zakopali go więc na samym środku miejsca spoczynku niemieckich żołnierzy, o którym nikt wcześniej nie wiedział. Musieliśmy pracować tak, by nie naruszyć górnego grobu. Znaleźliśmy siedem szkieletów i mnóstwo rzeczy osobistych. Puszki, lusterka, okulary, brzytwy, manierki, paski i odznaki. Jeden z żołnierzy, wyraźnie starszy od innych, miał zamiast nogi drewnianą protezę.

Zdarza się, że odkrycia są inne, niż się spodziewaliśmy.

Rozmawiałem kiedyś z mieszkańcem Słonowic. Osiedlił się tam zaraz po wojnie. Powiedział, że na terenie jego posesji znajdują się dwa groby żołnierzy niemieckich. „Były tu od początku – mówił. – Na krzyżach były ich hełmy. Uprzątnąłem potem teren i posadziłem pomidory. Musiałem któregoś trafić, kiedy wbijałem kołki”. Zorganizowaliśmy akcję. Wykopaliśmy pierwszego. Okazało się, że to Rosjanin. Poinformowaliśmy konsulat Federacji Rosyjskiej i przekazaliśmy znalezione przy zwłokach medale. Odpowiedzieli prosto z Moskwy: „Dziękujemy za informacje, ale tam powinno być jeszcze jedno ciało”. I załączyli ksero odręcznie narysowanej przez rosyjskiego oficera mapki z dwiema mogiłami. Dwa lata później podjęliśmy drugiego. Obaj służyli w 133. Gwardyjskim Batalionie Saperów. Dmitrij i Siergiej. Łotysz i Ukrainiec. Zidentyfikowani po odznaczeniach.

Ludzie przychodzą, przypatrują się i komentują. „A co wy robicie? Czemu tu kopiecie? Niemców wyciągacie? A skąd oni się tu wzięli? Przecież tu zawsze Polska była”.

Kiedy dowiadują się, o co chodzi, potakują ze zrozumieniem. Czasem zdarzają się zabawne nieporozumienia. Podczas jednej z akcji któryś z mieszkańców pobliskiej wioski zobaczył pomarańczowe stroje pracowników Volksbundu i pobiegł do sąsiadów z informacją, że przyjechali gazownicy i wszystkich będą podłączać.

Środowisko poszukiwaczy ma też swoje czarne charaktery. Bardzo rzadko, lecz zdarzają się cmentarne hieny. Plądrują groby, zabierają wyposażenie i rzeczy osobiste. Potem sprzedają je w internecie. O szczątki nie dbają. Kilka lat temu jeden z takich pseudoposzukiwaczy odkrył grób siedmiu Niemców. Plądrował go przez tydzień. Gdy na miejsce przyjechała policja, nie było już nawet guzika. Znaleźli tylko kości popakowane w reklamówki. Osobno czaszki, osobno kości nóg, rąk, żebra, miednice. Mężczyznę skazano za zbezczeszczenie i ograbienie zwłok. W kwietniu 2017 roku pod Gryfinem nieznani sprawcy rozkopali nieoznakowaną mogiłę sześciu polskich żołnierzy. Zabrali wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość kolekcjonerską. Kości porzucili nad rzeką. Na szczęście pracownicy Zakładu Genetyki Sądowej w Szczecinie, którzy przejęli szczątki, zdołali ustalić prawdopodobne nazwiska pochowanych. Poszukują teraz krewnych do pobrania próbek DNA. Trudność polega na tym, że żołnierze ci pochodzili z terenów dawnej Wileńszczyzny.

Taka nasza mała nagroda

Sześć szkieletów. Ręce złożone na miednicy. Ułożeni twarzami do góry. Równo obok siebie. Jeden leży trochę głębiej. Ziemia ma tu nieco inny odcień.

– Dziwne buty ma ten gość – ktoś zauważa.

Poszukiwacze oczyszczają kości pędzelkami. Znajdują dwa nieprzełamane nieśmiertelniki. Pomiędzy żebrami tego w dziwnych butach guziki z gwiazdką, sierpem i młotem.

– Wygląda na to, że to Rosjanin! – woła archeolog. – Skąd on się tu wziął?

Układ szczątków zostaje dokładnie opisany. Następnie każdy szkielet, począwszy od paliczków stóp, przez kości piszczelowe, udowe, miednicę, po klatkę piersiową, ręce i czaszkę zostaje przeniesiony na przygotowany wcześniej stół. Antropolog szacuje wiek, wzrost, cechy szczególne i charakter odniesionych obrażeń. Wszystkie dane wprowadza do protokołu. Dwóch z pięciu Niemców ma więcej niż 50 lat. Rosjanin też niemłody. Da się to wytłumaczyć tylko w jeden sposób: ci w typowym wieku poborowym zginęli kilka lat wcześniej. Pod koniec wojny do armii wcielano każdego, kto mógł nieść karabin.

O znalezieniu Rosjanina będzie trzeba poinformować urząd wojewódzki. To jego urzędnicy powinni się zająć organizacją pochówku.

– Cieszymy się, jeśli uda się nadać poległemu imię i nazwisko. – Iwanicki pokazuje kilka przysłanych mu przez Volksbund danych z wcześniejszych ekshumacji. – Zawsze dostajemy wtedy informację.

Willy U. 22 lata. Kowal. Służył w kompanii weterynaryjnej. Ostatni list z 24 lutego 1945 roku. Zginął 5 marca. Sebastian S. 28 lat. Szewc. Służył w rozpoznaniu w 5. Dywizji Lekkiej. Ostatni list wysłany w sylwestra 1944 roku. Zginął na początku marca 1945 roku. Renatus K. 25 lat. Rolnik. Ochotnik z Luksemburga. Do 5. Dywizji wcielony prosto po szkole artylerii w Bornem Sulinowie. Zginął w Rożnowie Łobeskim w marcu 1945. Fritz Schmalfuß – 30 lat. Znany niemiecki malarz lat 30. Zmobilizowany w 1944 roku. Zginął 3 marca 1945 roku.

– To taka nasza mała nagroda – dodaje.

Polaków chowa się na cmentarzach w Drawsku lub Kołobrzegu. Rosjan – w Chojnie lub Myśliborzu. W Białogardzie już nie, bo nie ma miejsca. Szczątki ekshumowanych Niemców trafiają na cmentarz w Starym Czarnowie niedaleko Szczecina. Spoczywa na nim ponad 18 tysięcy odnalezionych na terenie województwa zachodniopomorskiego żołnierzy i cywilów. Pogrzeby odbywają się dwa razy w roku. Jest pastor, czasem ksiądz, delegacja z ambasady niemieckiej, przedstawiciele władz polskich, czasem kompania honorowa Bundeswehry. Są rodziny poległych, przemówienia i modlitwy. Imiona i nazwiska na niektórych grobach. Oraz daty: urodzenia i śmierci.

Iwanicki: – Tak po ponad 70 latach domyka się historia tych ludzi. A my zabieramy się do planowania następnej akcji.

Szkielety trafiają do sarkofagów. To tekturowe, jasnobrązowe pudełka, 70 na 40 cm. Antropolodzy delikatnie układają w nich każdą kość. Sarkofagi opisują markerem. Szczątki pojadą teraz do Starego Czarnowa. Ekipa zasypuje wykop, zbiera sprzęt i wyrównuje teren. W głowach mnóstwo pytań, na które brak dziś odpowiedzi. Kim byli ci ludzie? Czy uda się któregoś zidentyfikować? Jakim cudem znalazł się wśród nich Rosjanin? I czy w ogóle ktoś jeszcze czeka na wieści o dawno zaginionych krewnych?

– Ja ich nie znałem, ale nie oceniam kości. – mówi Iwanicki. – Nie wiem, czy chcieli iść na wojnę, czy ich zmuszono. Trzeba podejść do tej sprawy po ludzku. I nie tylko ja tak myślę. Jest nas bardzo wielu, zrzeszonych w różnych stowarzyszeniach i nieformalnych grupach poszukiwawczych. Pewnie, można się obrażać, mówić, że to najeźdźcy, mordercy i okupanci. Tylko co to zmieni? A rodziny chcą wiedzieć, co stało się z ich bliskimi. Wojna skończyła się dawno temu.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.