1 kwietnia w dwudziestoleciu międzywojennym

Jest dwunasta godzina i trzeba coś wymyślić dla zbujania czytelników. Bo jutro prima aprilis

– pisał dziennikarz krakowskiego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” w roku 1938.

Coś takiego, żeby się połapały tylko najbardziej cwane wygi. Oj, jak się męczę. Dawniej, w początkach mojej kariery dziennikarskiej, to było łatwiejsze. Ogłaszało się dwuszpaltówką, że na rynku będzie się bić publicznie paskarza. No i zeszli się wszyscy, było dużo luda. Gdybym dzisiaj podał, że będą bić kogoś publicznie? Żaden wic, bo raz po raz biją kogoś publicznie. Kiedy indziej podaliśmy do wiadomości, że wszystkie rozkopane wyboje na ulicy będą 1 kwietnia zasypane. I poszli ludzie zobaczyć to dziwo. Dziś co ogłosić? Chyba że ulica Karmelicka będzie cała rozkopana. W ogóle czuję jakąś bessę na rynku primaaprilisowskim.

Podobno autorem pierwszego dowcipu primaaprilisowego w historii były władze Augsburga. Na 1 kwietnia 1530 roku zapowiedziano reformę systemu menniczego. Zaalarmowana ludność starała się jak najszybciej pozbyć pieniędzy, a kupcy gromadzili towary i grali na zwyżkę cen. Tymczasem reformę w ostatniej chwili odwołano, a wystrychnięci na dudka mieszczanie na pamiątkę tego wydarzenia co roku płatali sobie figle.

Do Polski zwyczaj dotarł w XVII wieku, ale zaczął się upowszechniać dwa wieki później. Popularne stało się wysyłanie anonimowych kartek z satyrycznymi rysunkami, które były aluzją do przywar adresata. Nie był to dowcip wysokiej próby – wyjątkowym powodzeniem cieszyła się np. karta podpisana „kochanej teściowej z podziękowaniem za codzienne rady”, przedstawiająca odrażającą babę z językiem przybitym do stołu.

W latach 20. XX wieku żarty primaaprilisowe trafiły do gazet i pozostają w ich żelaznym repertuarze do dziś. Od początku istniał pewien kanon artykułów wymyślanych „dla zbujania czytelników” – wśród tematów dominowały nieprawdopodobne wynalazki, dziwy natury, fantastyczne plany nowych budynków i miejskich inwestycji. „Ilustrowany Kurier Codzienny” z 1936 roku donosił:

Specjalna Komisja Ligi Turystyczno-Krajoznawczej przedstawiła w swoim czasie czynnikom miarodajnym projekt wprowadzenia na kolejach wagonów zaopatrzonych w automaty, umożliwiające każdemu podróżnemu konsumowanie piwa w czasie jazdy. (…) Z nastaniem letniej pory będą na wszystkich liniach wprowadzone takie typy wagonów. Wszystkie posiadać będą specjalnej konstrukcji beczki z piwem okocimskim, które ze względu na jego wypróbowaną wartość odżywczą i właściwości orzeźwiające uznane zostało jako najlepsze.

A obok fotomontaż: zdjęcie wagonu z gigantyczną beczką piwa.

Często informowano o nagłych zmianach miejskiego krajobrazu. „Kurier Czerwony” podawał, że w nocy z 31 marca na 1 kwietnia 1938 roku Zarząd Miejski przystąpił do budowy szklanego dachu nad ulicą Karową, dzięki czemu będzie można „zamienić ją w oranżerię i uprawiać na trawnikach egzotyczne drzewa owocowe”. A „Gazeta Polska” zamieściła fotografię przedstawiającą rzekome wejście do zbudowanej potajemnie linii warszawskiego metra.

Boki zrywać, panowie…
Uczta prawdziwa, panowie…
Spojrzałem, panowie mili
gdy gazeciarz pismo mi dawał
wiedziałem – prima aprilis
więc na kawale – kawał…

Z nagłówków chichotał nonsens –
ze szpalt szaleństwo drwiło –
i żartu dobry kąsek.
Więc nic mnie nie zdziwiło:

że Führer i Duce niszczeniem traktatów
chcą gwarantować pokój światu –
że Ofiara przychodzi prosić przemoc –
że Wolność swą ludzie oddają niemo –
że kraj swój obcym rzucają pod stopy
że znowu zmienia się mapa Europy –
że znowu się Żydom grunt gdzieś zapalił
że ledwie spoczęli, znów, trzeba dalej…
że przez twarde pigułki z Essen
ludzie w Niemczech nie mają zu essen…
że dał się bezczelnie wywieść w pole
stary i mądry lis z parasolem…
że wszystkie ludzkie umowy na nic,
że gniją, że płoną słupy granic…

Czytałem spokojnie brednie gazety
Prima aprilis! — gniewać się?! — nietakt!
A potym, potym spostrzegłem niestety
że to… wczorajsza gazeta…

Wiersz zamieszczony w „Naszym Przeglądzie“, z dnia 1 kwietnia 1939.*

Niektórym wcale nie zależało, żeby czytelnika rozbawić – wiele żartów to po prostu niezdarnie zakamuflowane reklamy.

Dzień dzisiejszy przyniósł Krakowianom niebywałą sensację” – donosił „Ilustrowany Kurier Codzienny” w 1936 roku. „Oto ku swemu zdumieniu wieża ratuszowa zniknęła z Rynku, a na jej miejscu znana fabryka kosmetyków »Laboratorium Leo« w Krakowie zbudowała olbrzymią tubę doskonałej pasty do zębów »Chlorodont«. Jakkolwiek »Chlorodont« jest chlubą polskiego przemysłu kosmetycznego i powinien znajdować się w każdym zakątku Polski, to jednak usunięcie wieży ratuszowej było krokiem nieco za śmiałym.

Najbardziej udane były żarty nawiązujące do spraw, którymi naprawdę żyli ludzie. W połowie lat 20. stolicę gnębiła plaga szczurów, a dyskusje o metodach walki z gryzoniami wypełniały łamy gazet. Aż wreszcie „Kurier Poranny” z 1 kwietnia 1925 roku znalazł rozwiązanie:

Postanowiono zastosować wypróbowaną już przed laty z jak najlepszym skutkiem w Niemczech metodę tzw. fujarek. Metoda ta polega na tym, że szczury pod wpływem odgłosów specjalnych »fujarek« jak gdyby zahipnotyzowane opuszczają swe gniazda i skupiają się całymi masami wokół grającego. Ten zaś rozsypuje wtedy trutki; szczury zjadają je z zadziwiającym łakomstwem i oczywiście niemal w oczach »wabiciela« zdychają. Jedna z firm warszawskich dostarczyła wczoraj radzie miejskiej pierwszą partię tych »fujar«. Uznano je za zupełnie zadowalające i uchwalono rozdzielić je dziś między zgłaszających się właścicieli rozmaitych składów i przedsiębiorstw najbardziej opanowanych przez szczury. Celem zachęcenia do jak najaktywniejszej pracy nad tępieniem szczurów – zdecydowano tych spośród korzystających z »fujar«, którzy w ciągu pierwszych trzech miesięcy wykażą się liczbą co najmniej 1500 wytępionych szczurów zwolnić na przeciąg pół roku od opłat za używalność wody i kanałów.

Wymyślano niespodziewane wizyty Charlie Chaplina i Grety Garbo, wynalezienie perpetuum mobile przez mieszkańca gminy Żurki w województwie stanisławowskim, a nawet rodzinę siedmiopalczastych warszawiaków, której członkowie znaleźli zatrudnienie w urzędzie pocztowym przy wiązaniu paczek. Gazety drukowały opisy cudownej wody, bijącej z pewnego szkockiego źródła, która sama układa i onduluje kobiece fryzury. Albo elektryzujące anonse, że w Warszawie wyścigi konne zostały przeniesione ze służewieckiego toru na ulice Śródmieścia.

Dowcipy miały surowych recenzentów. „Pierwszy kwiecień minął tego roku dość niemrawo” – pisał w 1937 roku Antoni Słonimski.

Mało było kawałów na prima aprilis. Wychodziły kiedyś całe numery pism, dodatki nadzwyczajne. W tym roku czytelnik gazet mógł być co najwyżej nabrany na to, że ogród zoologiczny mają przenieść do Puszczy Kampinoskiej. Gdzież się podział dawny rozmach? Owe powroty Wilusia [chodziło o niemieckiego cesarza Wilhelma, który abdykował w 1918 roku – przyp. red.], rewolucje w Ameryce, wielkie projekty złączenia całego narodu na jednej tratwie (…). Chyba nie tylko dlatego osłabł impet żartów primaaprilisowych, że nowe pokolenie mniej ma humoru. Satyra likwidowana jest przez cenzurę, a humor absurdalny dystansowany przez życie. Bo i cóż. Być może takie nastawienie wynika po prostu z biedy. Mało jest ludzi usposobionych beztrosko i konsument humoru jest oporny. Ale może przyczyną jest kult »cwaniactwa«. »Bujać to my, ale nie nas« – to powiedzenie jest niemal dewizą narodową.

Słonimski miał rację – po przewrocie majowym prasa stała się ostrożniejsza. W latach 30. unikano dowcipów o postaciach politycznych, nawet żarty z sytuacji międzynarodowej uchodziły za zbyt śmiałe. Dekadę wcześniej gazety pozwalały sobie na najbardziej nieprawdopodobne historie jak ta, którą na początku lat 20. opisywał popularny „IKC”:

Onegdaj wyruszyła z Genui wycieczka dyplomatyczna, w której bierze udział szereg najwybitniejszych europejskich polityków. Wycieczka ta trwać będzie trzy tygodnie i zwiedzi wybrzeża Morza Śródziemnego. Wśród przyjemności przejażdżki nie zapomną jednak niewątpliwie dyplomatyczni »wycieczkowicze« o sprawach politycznych, tak, że pokład statku stanie się pływającym kongresem dyplomatycznym.

Artykuł zilustrowano fotomontażem, przedstawiającym m.in. Mussoliniego, premiera Anglii Baldwina i sowieckiego komisarza spraw zagranicznych Cziczerina, opartych o reling jachtu.

Niektóre żarty wkrótce miały stać się rzeczywistością. W 1925 roku „Kurier Warszawski” nabrał czytelników, drukując sensacyjną depeszę o ucieczce ze Związku Radzieckiego do Turcji legendarnego rewolucjonisty Lwa Trockiego. Miał zatrzymać się w hotelu w Konstantynopolu, gdzie „jest pilnie strzeżony przez policję, gdyż władze tureckie obawiają się zamachu na tak niezwykłego gościa ze strony b. oficerów wranglowskich lub też agentów sowieckich, ścigających zbuntowanego generalissimusa armii czerwonej”. W Moskwie, pisała gazeta, „wiadomość o ucieczce Trockiego wywarła piorunujące wrażenie. Na posiedzeniu »trójki« doszło do gwałtownych scen. Zinowiew oskarżał Kamieniewa, ożenionego z siostrą Trockiego, że pomógł w ucieczce szwagrowi swemu, zdrajcy II międzynarodówki. Dotknięty do żywego Kamieniew, wspomniał o jednej z żon Zinowiewa, która niedawno wsypała się z kradzionymi kosztownościami. Tylko zimna krew Stalina, który nie dopuścił do bójki, położyła kres gorącej scenie”.

Cztery lata później Trocki rzeczywiście musiał uciekać z ZSRR, a przez cały okres życia na emigracji był tropiony przez tajniaków Stalina. Zginął zamordowany przez agenta NKWD.

Z perspektywy lat widać, jak często śmiano się z tego, co dziś jest naszą codziennością. U schyłku lat 30. Polskie Radio nadało audycję primaaprilisową o wynalezieniu aparatów radiowych, które będzie można montować w samochodzie. „IKC” donosił 1 kwietnia 1937 roku, że z powodu rosnącej liczby pojazdów w Warszawie „porobiły się zatory samochodowe na ulicach krańcowych” i dodawał: „nareszcie ulica warszawska wygląda jak najruchliwszy bulwar Paryża”. Ale najciekawsze jest to, co czytamy w primaaprilisowym numerze „Kuriera Czerwonego” z 1936 roku:

Polskie Radio postanowiło zorganizować wielką transmisję z życia Warszawy, transmisję niereżyserowaną, nie odgrywaną przez aktorów, lecz przez samą publiczność. Oczywiście, uczestnicy tej transmisji nic nie będą wiedzieli o roli, jaką odgrywają. (…) Mikrofony podsłuchowe przekażą na taśmę magnetyczną wszystkie flirty kawiarniane. Specjalną grupę stanowić będą mikrofony umieszczone w kawiarniach literackich. Szczególne zainteresowanie powinna wzbudzić transmisja ze stolików barowych. Nareszcie usłyszymy prawdziwe, realistyczne rozmowy »zawianych«, dowiemy się, o czym to rozmawiają warszawiacy przy kolejce czystej i co ważniejsze, jak rozmawiają.

To przecież scenariusz reality show, wymyślony przez redaktorów, którym się nie śniło, że kiedyś takie widowisko naprawdę podbije światowe media.

W PRL kwietniowa tradycja podupadła. Kawały stały się tandetne i szare jak wszystko dookoła. Cenzura skreślała nie tylko dowcipy polityczne, ale i te zbyt finezyjne. Wśród artykułów o sojuszu robotniczo-chłopskim nie było miejsca na zgrywy i dwuznaczności. Żart musiał być tak groteskowy, przerysowany, by najbardziej naiwny czytelnik zrozumiał, że dzisiaj jest 1 kwietnia.

W 1973 roku „Życie Warszawy” opublikowało na przykład fotoreportaż o państwowym ośrodku obliczeniowym, w którym komputer wyznał miłość jednej z pracownic, a następnie usiłował ją skrępować zwojami taśmy perforowanej. Ponad dekadę później „Express Wieczorny” drukował opowieść o muzykach Polskiej Orkiestry Kameralnej, koncertujących na Grenlandii w towarzystwie pingwinów. 1 kwietnia 1989 roku „Życie Warszawy” skorzystało z politycznej odwilży i umieściło „wiadomość z ostatniej chwili”:

Drugi program telewizji przygotował na sobotni wieczór atrakcyjną niespodziankę: bezpośrednio po kolejnym odcinku polskiego serialu-tasiemca »W labiryncie« w ramach tzw. kina nocnego dwójki wyemitowany zostanie słynny erotyczny film »Emanuelle«.

W tym samym numerze zamieszczono relację z konferencji prasowej Poczty Polskiej, również fikcyjną. Dziennikarz wymyślił, że w wyniku reorganizacji pracy telegramy będą docierały do adresata nazajutrz po wysłaniu, zaś „praca urzędów pocztowych zostanie usprawniona do tego stopnia, że przeciętny czas stania w kolejce do okienka nie powinien w zasadzie przekraczać 16 minut”.

Nikt się nie nabrał.

 

 

*Władysław Szlengel – rodowity warszawiak, poeta i satyryk. Do wybuchu wojny regularnie publikował w „Naszym Przeglądzie“, „Szpilkach” „Robotniku”. Współpracował także z „Chwilą“ „Sygnałami”, „Chochołem”. Pisał teksty kabaretowe dla teatrzyków literackich i rewiowych, jak Ali Baba, 13 Rzędów, Tip-Top. Prawdopodobnie brał udział w kampanii wrześniowej i uczestniczył w obronie Warszawy. Pod koniec 1939 roku przebywał w okupowanym przez Rosjan Białymstoku, gdzie pracował jako autor tekstów i konferansjer w tamtejszym Teatrze Miniatur. Po kilku miesiącach wrócił do Warszawy. 8 maja 1943 roku został rozstrzelany wraz z żoną oraz 130 osobami ukrywającymi się w bunkrze Szymona Kaca przy Świętojerskiej 36.

 

 

Powyższy artykuł autorstwa Piotra Osęki ukazał się po raz pierwszy w marcu 2010 roku na łamach Newsweeka.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.