Gdy już zbudowaliśmy dom, wiedziałam, że się stąd nie ruszę.

0
233

Rozmowa z Paniami Janiną Czaplak i Urszulą Ślusarek, jednymi z pierwszych mieszkanek Świdwina

W bieżącym roku przypada 75. rocznica zakończenia II wojny światowej, a w naszym województwie obchodzimy 75-lecie Polskiego Pomorza Zachodniego.

Planowane z tej okazji wydarzenia niestety nie doszły do skutku z uwagi na stan epidemii. Jednak w procesie przygotowań udało nam się porozmawiać z dwiema mieszkankami Świdwina, które osiedliły się tutaj jeszcze w latach 40., tuż po wojnie. Pani Janina Czaplak i Pani Urszula Ślusarek – wielu osobom z pewnością znane z uwagi na wykonywany przez nie niegdyś zawód – uczyły w świdwińskich szkołach.

Prywatnie przyjaźnią się od czasów, gdy same jeszcze były uczennicami. Niezwykle ciepłe, mądre i serdeczne osoby – nie odmówiły podzielenia się z nami wspomnieniami, często bolesnymi. Przyjęły nas z zainteresowaniem, ugościły herbatą i słodkościami.

Rozmowa trwała ponad dwie godziny, dotyczyła Ich osobistych historii oraz tego, jak wyglądał Świdwin tuż po wojnie. Niezwykła pamięć obu naszych Rozmówczyń pozwoliła nie tylko odtworzyć fragmenty miejskiej panoramy, ale również poznać nazwiska tych, którzy żyli i pracowali tu jeszcze w latach 40. i 50.

Zapraszamy do przeczytania zapisu rozmowy.
Za pomoc w organizacji spotkania dziękujemy Pani Danucie Soczyńskiej oraz Pani Ewie Brdyś.


 

Janina Czaplak: Pamiętam pierwszy raz, jak szłam przez plac [Konstytucji]. Pierwszy raz po tym, jak przyjechałam, miałam wtedy chyba 14 lat. I stali żołnierze. Wróciłam do domu i mówię: „Tatuś, tam stał taki pan, on nazywa się tak i tak. To jest ten sam pan, którego spotkaliśmy w czasie podróży tutaj w jednym miasteczku.” I tato poszedł szukać go, do tych żołnierzy. I rzeczywiście, spotkał go, on miał takie krótkie nazwisko. Ale taki zbieg okoliczności. To pamiętam, że działo się zaraz po przyjeździe.

A jak go pani wtedy poznała?

Janina Czaplak: Po twarzy. Pamięta się niektóre rzeczy, a niektóre nie. O, na przykład matka premiera Morawieckiego mieszkała w Świdwinie, naprzeciwko nas, mieszkała ze swoją mamą. Była w moim wieku. Pamiętam, że ona miała już skończoną siódmą klasę, bardzo chciała iść na studia, ale musiała znać łacinę. I nie wiedziała, gdzie mogłaby się uczyć. Ostatecznie polecili, że powinna chodzić uczyć się tej łaciny do księdza. Ale one nie mieszkały tu długo. Jej ojciec zabrał je do siebie, był kolejarzem we Wrocławiu. Nazywali się Różyczka.  Ja tu przyjechałam wcześnie. Była taka szkoła, ćwiczeniówka, bo otworzono też liceum pedagogiczne.

Urszula Ślusarek: Nauczyciele stamtąd prowadzili lekcje.

A skąd pani przyjechała?

Janina Czaplak: Ze Skolego, teraz to jest na Ukrainie. Ze Lwowa może ze 200 km, bardzo ładne miasteczko. Jak poszłam kiedyś do lekarza i on wziął moją kartę. Ten wysoki lekarz… jego żona była dentystką…

Urszula Ślusarek: Knappe.

Janina Czaplak: Nie, nie Knappe.

Urszula Ślusarek: Obuchowicz.

Janina Czaplak: Tak, Obuchowicz. I on patrzy do mojej książeczki i pyta: „O, pani urodziła się w tym miejscu? Ja tam jeździłem na obozy harcerskie. Budowaliśmy namioty i spędzaliśmy tam całe wakacje, bardzo miło to wspominam.” On był chyba z Bydgoszczy.

A z kim pani przyjechała?

Janina Czaplak: Z rodziną, z rodzicami. Miałam wtedy jeszcze brata. Jechaliśmy transportem 6 tygodni. Pociąg był bez dachu, czy padał deszcz, czy nie padał, pociąg jechał, my jechaliśmy. Jak bydło.

Urszula Ślusarek: Tak, to był okres wojny, najróżniejsze warunki…

Janina Czaplak: Na Śląsku zatrzymaliśmy się w pewnym mieście i rodzice poszli to miasto zobaczyć, zastanawiali się, czy tam zostać. Ojciec powiedział, że nie można tak długo jeździć, trzeba gdzieś osiąść. To było w Namysłowie. Rodzice chcieli zobaczyć, czy można tam żyć. A mój braciszek, z drugim i jeszcze jeden chłopiec znaleźli naboje, rozpalili ognisko i wszystko to wybuchło. Na miejscu trup. Jerzyk, miał 9 lat, tak go nazywaliśmy: Jerzyk. Mama jak mu prała koszulkę, to same dziury. A ten drugi, starszy, miał 14 lat, też zginął. Uratował się najmłodszy, który miał 6 lat.

Nie chcieliśmy tam zostać, jechaliśmy dalej. Później w Kępnie wysadzili nas znowu z wagonów, żebyśmy szukali sobie miejsca. Tacie się nie podobało, postanowiliśmy jechać jeszcze dalej. Tam poznaliśmy tę rodzinę, Różyczka, oni wiedzieli, że jadą tutaj, my pojechaliśmy z nimi.

Tato mój powiedział, że Niemców nie będzie z ich domów wypędzał, będzie szukał takiego, który będzie pusty. No i znaleźliśmy, na Koszalińskiej 22. W części domu mieszkała taka staruszka, Niemka. Niemcy w tym czasie mieszkali w miejscu, gdzie później był POM, czekali na wyjazd do Niemiec. I ta pani była u nas na Wigilii, moja mama ją zaprosiła. I powiedziała nam wtedy: „Za rok już was tu nie będzie”. A my zostaliśmy, nie ruszyliśmy się stąd. Tyle lat.

A ona w końcu wyjechała?

Janina Czaplak: Tak, wyjechała. Nie wiem, dlaczego akurat ją wtedy zostawili. Była tam taka komórka, w niej miska, a w misce zostawione namoczone ręczniki. Mama, gdy podniosła te ręczniki, rozlazły się w rękach. To musiało stać tam bardzo długo. I ta kobieta siedziała tam sama. Do domu przynależał ogródek, a dom trzeba było wykupić – albo w zamian za opuszczony dom, z którego się wyjechało, dostawało się dom tutaj, można go było taniej wykupić. I my tak właśnie dostaliśmy ten dom. Tam mieliśmy bardzo duży dom, na cztery rodziny. Dostaliśmy poświadczenie z urzędu, nie pamiętam, jak się nazywał ten urząd po rosyjsku. Ludzie w sąsiedztwie się zmieniali, a my tam [na Koszalińskiej] mieszkaliśmy.

Urszula Ślusarek: Ja jestem osobą najstarszą na tej ulicy. Tu były pola i ci, którzy się tu jako pierwsi budowali, to nikogo już tu nie ma. Są albo młodzi ludzie, albo ktoś z rodziny, albo ktoś, kto kupił. Więc teraz moja kolej odejść. [śmiech]

Janina Czaplak: Ale gdzie odejdziesz? [śmiech]

Urszula Ślusarek: Ooo, ziemi jest tyle… [śmiech] Trzeba być przygotowanym.

A skąd Pani tutaj przyjechała?

Urszula Ślusarek:  Przede wszystkim, gdzie ja poprzednio byłam, żebym się tu zjawiła…

Janina Czaplak: Ile miałaś lat?

Urszula Ślusarek: Czekaj… Wojna wybuchła w 39, mój ojciec miał bardzo duże gospodarstwo i Niemcy w 41 zajechali samochodem ciężarowym i w 20 minut trzeba było się zebrać i zabrali nas do lagru. Ja byłam w lagrze. Trzy i pół roku byliśmy w lagrze.

Janina Czaplak: Ale na jakim terenie?

Urszula Ślusarek: W Potulicach, za Bydgoszczą, to jest koło Nakła.

Janina Czaplak: To do Niemiec was nie wywieźli?

Urszula Ślusarek: Nie. Ale opowiem wam. Nasze gospodarstwo było spore, a Niemcy musieli te ziemie zasiedlić. Więc przywieźli z Besarabii swoich i osiedlili ich na naszym gospodarstwie. Ale ci Niemcy nie chcieli pracować. Jeden z nich wziął konie, bryczkę, przywiązał z tyłu brony i jeździł po polu bryczką. Tacy byli! [śmiech] A jak nas wzięli do lagru, to w lagrze nas sortowali. Kto był dorosły, zdolny do pracy, był wysyłany do tej pracy do Niemiec. Na przykład mój brat, siostra pracowali w Niemczech. A starsze kobiety i dzieci zostawali w lagrze. Zawsze rano był apel. I moją starszą siostrę wybrali do pracy. A ja, ile ja mogłam mieć lat? Trzynaście? Jak stałam tam na tym apelu, wyznaczali do wystąpienia tych, którzy mieli wyjechać. A ja powiedziałam, że ja chcę jechać z siostrą. On mnie pchnął, ja się zatoczyłam, upadłam. Ale on się później tak zastanawiał, zastanawiał i dał mnie z moją siostrą. I wywieźli nas do Piły. Wtedy to się nazywało Schneidemühl. Tam była fabryka części do samolotów zweihundertzehn i focke-wulfy. Były tam kobiety Polki, chyba było nas ze 30 kobiet. Byli Rosjanie, Ukraińcy, Francuzi, Włosi. W barakach, ale było tych hal tak dużo, że ciągle to bombardowali. My ciągle musieliśmy uciekać przed tymi nalotami. A ja byłam najmłodsza, pracowałam jako goniec. Hale były poukrywane w lesie, a każda hala była obsługiwana przez inne osoby. I wtedy, jak już zaczęło się natarcie Rosjan, to pierwsze te baraki porozrywali Ukraińcy i zaczęli uciekać. Wtedy ustawili nas po pięć, my mieliśmy kombinezony, opaski. To było w nocy 17 stycznia, mróz wielki i oni nas pędzili tam, gdzie Niemców nie było. I zapędzili nas do takiej wielkiej gorzelni, każdy wziął koc. Spadły mi kapcie z nóg, miałam odmrożone nogi, nie mogłam iść dalej. Ale zmówiliśmy się: moja siostra, ja, dwie panie i dwóch panów w tego lagru – że uciekniemy. A był taki duży śnieg. Inni Polacy też zaczęli uciekać, wtedy oni nie dali rady, rzucili za nami psy, zaczęli strzelać.

Uciekłyśmy z tej gorzelni, wróciłyśmy do domu, ale dom już nie bardzo miałyśmy, bo ci ludzie, którzy tam byli, już po wojnie, porozbierali nasz dom na opał.

Janina Czaplak: Niemcy?

Urszula Ślusarek: Nie, Polacy. Ci, którzy już po wojnie tam przyszli. Ale my wracaliśmy każde z innej strony: brat z innej, ojciec z innej. Mówili: wy wyjeżdżajcie na zachód, tam są domy, tam jest praca. I ja z tą siostrą przyjechałam na te ziemie, pod Kołobrzeg, do Siemyśla. Ona poszła do pracy. A gdy w Gościnie otworzył się ogólniak, ja poszłam do tej szkoły. Tam były lekcje, był internat. Dyrektorem był pan Gosiewski. Tam skończyłam drugą klasę, było mi ciężko, nie umiałam czytać i pisać, bo w łagrze się nie uczyłam. Od kolejnego roku ogólniak przenieśli do Kołobrzegu, a w Świdwinie otworzyło się liceum pedagogiczne. I ja się przeniosłam do liceum pedagogicznego do Świdwina, znowu byłam w internacie. Po trzech latach, w 49 roku zdałam maturę. W tym czasie dojeżdżałam do siostry.

Janina Czaplak: Rok wcześniej jak ja.

Urszula Ślusarek: Tak? Ty byłaś po mnie w klasie?

Janina Czaplak: Tak.

Urszula Ślusarek: Tak, bo Kostek był wcześniejsza klasa, ja byłam druga. I zostałam po ukończeniu liceum w Świdwinie. Dostałam pracę.

Janina Czaplak: Z początku nie było pierwszej klasy, to zależy, co kto miał wcześniej.

Urszula Ślusarek: Często uczyć się przychodzili dorośli ludzie, żołnierze AK.

Janina Czaplak: Ludzie właściwie przychodzili z lasu.

Urszula Ślusarek: Przeróżni ludzie byli w tej klasie.

Janina Czaplak: Mój mąż, starszy ode mnie, rocznik 27, był w ostatniej klasie w liceum.

Urszula Ślusarek: Ja dostałam pracę, męża też poznałam w liceum. Żeśmy się pobrali, ale nie mieliśmy gdzie mieszkać, dostaliśmy mieszkanie na Szczecińskiej, na poddaszu.

Janina Czaplak: Na dole mieszkał kolejarz…

Urszula Ślusarek: Tak, tak, tak. Kamiński. A mój mąż, też był nauczycielem, dowiedział się, że w Mikołajkach koło Olsztyna robią takie domy: słomę owijają w płyty, dorabiają drzwi, podłogę. Trzeba było fundament zgodnie z wielkością domu postawić. I ten dom, który my tu mamy, po wojnie w Świdwinie został jako pierwszy zmontowany. I do dzisiejszego dnia stoi.

Janina Czaplak: Nikipierowicz wam pomagał.

Urszula Ślusarek: Tak, zakładał nam prąd. Pomagali nam koledzy, sąsiedzi, ale tu nie było ulicy, były pola, nie było jak iść. Nie mieliśmy wody, bo pompa była na podwórzu. Trzeba było kopać szambo.

Janina Czaplak: Ty osiadłaś na tej ulicy, a ja byłam dalej tam. Długo, do ślubu, mieszkałam na Koszalińskiej.

Urszula Ślusarek: A jak jeszcze byliśmy w liceum, to cała ulica od bramy do zamku to był jeden gruz. Były czyny społeczne, musieliśmy odgruzowywać. W sobotę, w niedzielę trzeba było iść na czyn społeczny. Nie tak jak teraz, wolna sobota, niedziela.

A czy to prawda, że ten gruz wywożono na odbudowę Warszawy?

Janina Czaplak: Tego nie wiem. Może cegły tak. Ale to raczej nie było dobrowolne.

Urszula Ślusarek: Jak myśmy już pracowali, to każda osoba na odbudowę Warszawy musiała dać dwa złote ze swojej pensji. Całe społeczeństwo budowało Warszawę. Gruzu tam raczej nie wlekli, ale cegły – to możliwe. Cegieł wtedy nie było, myśmy nie mieli z czego postawić fundamentu.

Janina Czaplak: Apteka była na plebani, bo nie było miejsca. Później dopiero była ta narożna, teraz też tam jest.

Urszula Ślusarek: A wieża kościoła? Przecież wcześniej ona była bardzo wysoka. O tyle jest obcięta. A remont trwał i nie odprawiało się tam mszy świętych tylko w tej małej kaplicy na ul. Świerczewskiego.

Janina Czaplak: W szkole kierownikiem był pan Dmowski. Tylko przez rok, to było w ćwiczeniówce, bo ten duży budynek był nieprzygotowany. On prowadził nas do kościoła, na to gruzowisko i kazał nam patrzeć w górę. I później mieliśmy ułożyć sobie jakieś powiedzonka. [śmiech]

Urszula Ślusarek: Za Niemców to była szkoła dla dziewcząt. Budynek ocalał, nie był uszkodzony. A Kościół, zaraz obok, był zniszczony.

Janina Czaplak: Po panu Dmowskim dyrektorem był pan Karkowski… Prawda?

Urszula Ślusarek: Nie pamiętam… Pan Karkowski był na pewno w liceum.

A gdzie panie się poznały?

Janina Czaplak: W szkole!

Urszula Ślusarek: Tak, w szkole! Na korytarzu.

Janina Czaplak: W najwcześniejszej klasie były dwie pary. Jeden chodził z Cześkiem [mężem – przy. red.] do klasy. Oni zaraz po maturze dostali przydział i mieli uczyć w przydzielonych placówkach. I nie wyglądało to tak, jak teraz. Godzin pracy było znacznie więcej! 36 godzin w tygodniu. W sobotę też pracowaliśmy.

Urszula Ślusarek: Każdy nauczyciel miał też jakąś organizację pod opieką. Harcerstwo, zuchy, PCK. Każdy był odpowiedzialny, musiał zdawać sprawozdania.

Janina Czaplak: Mąż uczył też w szkole, w której ludzie uczyli się np. piekarstwa. Dorabiał, zajęcia były na Bukowcu. W tym białym budynku był internat. I taka szkoła trwała kilka miesięcy.

A gdzie poznała pani męża?

Janina Czaplak: W szkole! [śmiech]

A skąd przyjechał do Świdwina pani mąż?

Janina Czaplak: Z Pińska, to na Białorusi.


Tu poprosiliśmy jeszcze o przypomnienie sobie kilku osób istotnych dla tworzenia się i funkcjonowania nowej świdwińskiej społeczności.

Janina Czaplak: Aptekę prowadzili państwo Chromowscy. Początkowo na plebani.

Urszula Ślusarek: A kto był pierwszym burmistrzem?

Janina Czaplak: Nie wiem… Nie pamiętam.

Jan Górski.

Urszula Ślusarek: A po nim? Estkowski?

Nie, drugi był Frydolin Słowik.

Janina Czaplak: To chyba krótko?

Cztery lata. 1946 do 1950 roku.

Urszula Ślusarek: A po nim?

Tego nie wiem. Pierwszych dwóch było burmistrzami, później byli naczelnicy.

Urszula Ślusarek: Estkowski był na pewno, jego dziewczynki chodziły do szkoły.

Janina Czaplak: Mieszkali na Reymonta.

Urszula Ślusarek: Doktor Knappe – bardzo fajny lekarz. Miał dwie córki – Krysię i Wandzię. Kiedyś doktor Knappe był w restauracji, którą prowadził Foller, taki restaurator z prawdziwego zdarzenia, bardzo fajny, z dawnych czasów. Chciał ugościć doktora Knappego. Milicja wiedziała, że doktor przyjechał samochodem, a samochód to była rzadkość. I oni chcieli się przekonać, jak doktor tak po alkoholu wróci do domu, bo samochód stał przed restauracją. A on wziął telefon, zadzwonił po żonę i żona przyszła, wsiadła za kierownicę i pojechali. [śmiech] Ta restauracja była tam, gdzie później Słowiańska. To była bardzo fajna restauracja. Tam się spotykaliśmy, była orkiestra, można było potańczyć. I to była chyba jedna restauracja.

A gdzie była przychodnia?

Urszula Ślusarek: Na Drawskiej. Doktor robił tam między innymi zdjęcia płuc.

Janina Czaplak: Później był już tylko lekarzem kolejowym. A W tym samym budynku przyjmował dentysta, tylko na wyższym piętrze.

Gdzie panie pracowały po skończeniu liceum pedagogicznego?

Janina Czaplak: Moja pierwsza posada była w Kluczkowie. Jeździliśmy tam rowerami z mężem. On tam pracował już wcześniej, bo zdał maturę wcześniej. Mąż martwił się o swoich rodziców, bo oni byli już starzy i chciał wrócić do Świdwina. Złożył podanie do urzędu, do inspektoratu szkolnego. Prosił o posady w Świdwinie. I dostaliśmy tę pracę, już w budynku, gdzie teraz jest jedynka.

A czego uczyła pani w Kluczkowie?

Janina Czaplak: Wszystkiego!

A w jedynce?

Janina Czaplak: W klasach 1-3.

Czyli też wszystkiego?

Janina Czaplak: Tak! [śmiech]

A pani, pani Urszulo, gdzie pani pracowała?

Urszula Ślusarek: Najpierw w podstawówce. A później w liceum, bo tam potrzebowali nauczyciela języka niemieckiego i ja się zgłosiłam. I uczyłam tak chyba z 7 lat. Aż przyjechał z kuratorium z Koszalina wizytator, obserwował z tyłu klasy moją lekcję, a później, po zajęciach, zaczął ją omawiać. I mówi do mnie tak: „Proszę pani. Jestem zadowolony. Temat wyczerpany, klasa aktywna. Ale pani gramatyka pozostawia wiele do życzenia. Proponowałbym pani, żeby pojechała pani na trzy miesiące do Sulejówka. Tam jest ośrodek kształcenia języków obcych.” A ja mówię: „Panie wizytatorze, ja mam dzieci, męża, mam rodzinę. Nie mogę zdecydować teraz, od razu.” On dał mi numer telefonu, pod który miałam zadzwonić, aby się zgłosić, jeżeli się zdecyduję. Wróciłam do domu, zmartwiona, i mówię do męża: „Słuchaj, Kaziku. Był na mojej lekcji wizytator i zaproponował mi ten kurs. Nie wiem, co mam zrobić.”  A mój mąż mówi tak: „To jest jedyna okazja! Ja z babcią dam radę. Ty się nie zastanawiaj, tylko jedź!” Pojechałam! Co to był za wspaniały kurs! Śniadanie było o 8:00, o 9:00 szliśmy na zajęcia w pięć grup. Kierownikiem był, nie pamiętam nazwiska, ale to był profesor od układania podręczników do języka niemieckiego z Poznania… Miał na imię Aleksander. Byli wykładowcy z Berlina, pani Inga, doktor Lange. Po zajęciach był wspaniały obiad. Wykłady z historii Niemiec. Budowa zdania, gramatyka. Ale były też wieczorki z poezją. Przetrwałam, a na koniec było jeszcze zwiedzanie Warszawy. I wtedy nasz kierownik powiedział: „Proszę państwa, proszę w czasie tej wycieczki nie używać języka niemieckiego, proszę też nie zwracać się w tym języku do wykładowców, bo warszawiacy was oplują.” Tak powiedział. Ale na terenie ośrodka mieliśmy mówić po niemiecku, dla nabrania wprawy. Byliśmy też w Berlinie i na balu w ambasadzie niemieckiej w Warszawie.

Zdecydowały się panie kiedyś wrócić w rodzinne strony?

Janina Czaplak: Nie. Nie chciałam. Moje córki tam pojechały. Ja nie chciałam tego oglądać. Gdy szedł front niemiecki, przeszkadzał im nasz dom. Dali nam dwie godziny na spakowanie i chcieli, żebyśmy szli na Węgry, bo tam nie było daleko, 30 ileś kilometrów. Ojciec się nie zdecydował, stwierdził, że front przejdzie i będziemy mogli wrócić. I rzeczywiście. Moja mama była wtedy w ciąży. Po Niemcach przyszli Rosjanie. A mój ojciec miał niemieckie nazwisko – Heksel – i na miesiąc zabrali go do więzienia. Wrócił do domu, ale tam zachorował na tyfus, nie było nawet gdzie położyć dziecka…

A czy to prawda, że tuż po wojnie wciąż był na ziemiach odzyskanych obecny strach, że Niemcy tu powrócą?

Urszula Ślusarek: Tak, tak się mówiło ciągle. Że oni powrócą.

Janina Czaplak: Tak, jak wtedy ta starsza Niemka mówiła. Że nas tu nie będzie.

A czy jacyś pani sąsiedzi ze Skolego przyjechali również do Świdwina?

Janina Czaplak: Jechali tym samym transportem, ale część wysiadła w Kępnie.

Urszula Ślusarek: A kim był twój tato, Jasiu?

Janina Czaplak: Rymarzem. Ale tutaj już nie pracował jako rymarz. Mama zajmowała się domem, a później pomagała mi, zajmowała się dziećmi, dlatego ja mogłam pracować.

A czy po przyjeździe do Świdwina miałyście panie nadzieję, że wrócicie na stałe w rodzinne strony?

Janina Czaplak: Tak, ja tak. Przez jakiś czas. Ale tam już byli Rosjanie, nie było do czego wracać.

Urszula Ślusarek: Ja, gdy już zbudowaliśmy dom, wiedziałam, że się stąd nie ruszę.


 

Rozmawiali: Anna Gwizdowska i Marcin Czarnecki

Opracowała: Anna Gwizdowska

Zdjęcia w galerii pochodzą z prywatnego archiwum Pani Janiny Czaplak.
Wspólne zdjęcie Pań zostało wykonane 5. marca 2020 roku.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.