Gereon Goldmann, franciszkanin z SS


Wojna nigdy nie jest czarno-biała. Po obu stronach barykady stoją ludzie. Często są to ludzie prawi.  Niejednokrotnie ludzie na wskroś źli. Nie decyduje o tym kolor flagi…

Oto historia Gereona Goldmanna, zakonnika z SS.



Gereon Goldmann urodził się 25 października 1916 roku w Ziegenhain w Górnej Hesji, wychowywał się w pobożnej rodzinie, w Fuldzie – mieście od wieków uważanym za centrum chrześcijaństwa. Dzieciństwo ubiegało mu spokojnie, na nauce i pomocy ojcu weterynarzowi w doglądaniu zwierząt w okolicznych miejscowościach.

Jako nastolatek z całą rodziną wyprowadza się do Kolonii. Wstępuje tam do katolickiej organizacji młodzieżowej „Neudeutschland”. W 1933 roku w Niemczech władze przejmują naziści. Już w 1934 dochodzi do zaciekłych konfliktów pomiędzy Hitlerjugend, a organizacjami katolickimi. Młody Gereon bierze po jednym z takich wydarzeń trafia do aresztu. Na naukę w takich warunkach nie było za bardzo czasu – po maturze wstępuje jak większość jego rówieśników do Służby Pracy Rzeszy (Reichsarbeitsdienst, w skrócie R.A.D.):

„W obozie pracy, w Rethem, uświadomiłem sobie aż nadto niektóre rzeczy. Byłem przerażony. Dowiedziałem się co przeciętny człowiek w obozie myśli, co mówi i co jest w stanie zrobić. Bez żadnych skrupułów.”

W październiku 1936 roku Goldmann rozpoczyna nowicjat w zakonie franciszkanów. Po ukończeniu dwuletnich studiów w 1939 roku zdaje końcowe egzaminy. Dzieje się to na krótko przed wybuchem II wojny światowej.

„Był ostatni dzień sierpnia 1939 roku. Do koszar Zapasowego Batalionu Transportowego w Fuldzie powołano około dwustu studentów teologii i tysiące innych rekrutów. Wśród nas byli franciszkanie, wielu było studentami seminariów duchownych lub należało do innych zakonów.”

Oficerowie odpowiedzialni za przyszłych żołnierzy próbowali przez cały okres szkolenia złamać wszelkimi metodami grupkę seminarzystów. Mimo nieludzkiego traktowania żaden z nich się nie poddał. Nie mają pojęcia jak wygląda prawdziwa wojna. Wraz z dziesięcioma innymi studentami, Gereon zgłasza dowódcom chęć znalezienia się na froncie wschodnim. Wszyscy trafiają do Polski. Po ukończeniu podstawowego szkolenia wszyscy zostają skierowani do odbycia służby w Waffen SS. Rozpoczynają kurs dla oficerów. Po jego ukończeniu  w 1942 roku, Gedeon odmawia wystąpienia z Kościoła, co skutkuje niehonorowym wydaleniem z jednostki. W ramach degradacji zostaje wcielony do Wermachtu na stanowisko sanitariusza. W sierpniu zostaje postawiony przed sądem wojskowym – proces kończy się jednak uniewinnieniem.

W lipcu 1943 roku Goldmann zostaje przeniesiony do Włoch. Jako sanitariusz bierze udział w zaciętych walkach w słonecznej Italii. Pomimo okoliczności, jego myśli przepełniają marzenia o niezrealizowanej posłudze kapłańskiej. Czuje, że w wirze tej okrutnej wojny, kiedy śmierć na co dzień zagląda w ludzkie oczy, mógłby duchowo wspomagać potrzebujących. Wtedy dzieje się coś, czego niedoszły zakonnik nie może się spodziewać. Spotyka na swojej drodze włoskiego biskupa i po przedstawieniu sytuacji dostaje od niego pewien dokument:

Curia Vecovile Patti Patti, 4 sierpnia 1943 roku

Z uwagi na wyjątkowe okoliczności i na mocy szczególnego pełnomocnictwa udzielonego przez Stolicę Apostolską niniejszym zezwalam katolickim klerykom 29. Niemieckiej Dywizji Pancernej na udzielanie komunii żołnierzom, zwłaszcza rannym, z należnym poszanowaniem Najświętszego Sakramentu.

Angelo Vescovo

Po otrzymaniu dokumentu miejsce mają niesamowite wydarzenia:

„(…)po kilku metrach zatrzymaliśmy się na rynku przed pięknym kościołem. Wśród mieszkańców zobaczyłem trzech księży. Wszyscy czekali, co będzie dalej. Na szczęście, nauczony doświadczeniem, zabrałem ze sobą dwóch żołnierzy.Zeskoczyli z czołgu, trzymając w rękach pistolety maszynowe. Podszedłem do księży i grzecznie poprosiłem o hostię dla rannych. Albo nie zrozumieli, co do nich mówię po włosku, albo nie chcieli zrozumieć. Trzeba jednak przyznać, że wyglądałem strasznie w mundurze polowym, z zakrwawionymi rękami. Wyjąłem pismo biskupa z Patti z jego pieczęcią. Zapewniłem duchownych, że jestem franciszkańskim klerykiem i że mam prawo udzielać
komunii. Cała trójka spojrzała na mnie jak na wariata. Na moje naleganie, by spełnili moją prośbę, starszy z księży odpowiedział:
– Nigdy w życiu, po naszym trupie!
Tego było już za wiele, musiałem działać. Na mój rozkaz żołnierze wymierzyli pistolety w zgromadzonych. Zawołałem, że nie radzę wykonywać żadnego ruchu, jeśli nie chcą tego żałować. Wyjąłem swój pistolet i poganiając duchownych słowami:
– Avanti, ręce do góry! – poszedłem za nimi do kościoła.
Otworzyli tabernakulum. Uklęknąłem, trzymając pistolet. Na ołtarzu położyłem hełm, do środka chusteczkę, trochę zabrudzoną. Wysypałem na nią całą zawartość cyborium. Księża uderzyli w płacz. Pobiegłem do czołgu, wspiąłem się na wieżyczkę, hełm z hostią trzymałem w ręku.
– Niemieckie diabły kradną sakrament! – rozległy się krzyki rozwścieczonego tłumu.
Pomyślałem z rozbawieniem, że na wojnie musiałem wyciągać pistolet tylko po to, by pogrozić duchownym, którzy nie chcieli dać hostii. Miałem nadzieję, że tym razem starczy ich na długo. Wróciliśmy do punktu opatrunkowego przy cegielni. Nikogo nie zastaliśmy. Wojsko przeniosło wszystko w największym pośpiechu- niemiecka linia obrony przesunęła się o jakieś osiemset metrów, gdy działa okrętowe i czołgi zaczęły zabijać wielu naszych żołnierzy. Jeden ranny, który kulejąc, wrócił do nas, opowiedział, że zastał straszny widok w dole przed miastem. Granaty dopadły szybko przemieszczającego się przeciwnika. Wszędzie leży wielu rannych, zarówno naszych, jak i wrogów. Nasi ludzie walczyli zaciekle.
– Müller, jedziemy? – krzyknąłem do kierowcy.
– Jasna sprawa.
Znów usiedliśmy w czołgu: ja w wieżyczce, on za sterami. Tym razem nie zabraliśmy żołnierzy. Udaliśmy się w kierunku walczą­cego frontu. Wjechaliśmy w sam środek ognia. W lewej ręce trzymałem hełm z hostią, w prawej flagę Czerwonego Krzyża. Przez kilka minut trwało bombardowanie, potem jednak zaprzestano strzelania. Anglicy zobaczyli krzyż.
– Stopfiring!- Wstrzymać ogień!
Nagle zapadła cisza, nie padł żaden strzał. Widocznie rozkaz usłyszała także artyleria. Czołg jechał wolno wśród wrogich oddziałów.
– Przynoszę Ciało Boże! – wołałem po niemiecku, angielsku, francusku i włosku.
Wszystkie spojrzenia skierowały się na hamujący czołg. Ostrożnie zszedłem na dół, uważając na mój drogocenny bagaż. Zacząłem rozdawać hostię wszystkim, którzy tego chcieli. Zobaczyłem, że przeciw nam walczą żołnierze z różnych krajów. Wielu katolików klękało. Inni zdejmowali hełmy i czekali z pochyloną głową. Chodziłem od jednego do drugiego, podchodziłem także do kulejących i rannych leżących na ziemi. Po chwili przyszli również zupełnie zdrowi i poprosili o komunię. Front zamarł. Po obu stronach żołnierze przypatrywali się temu niecodziennemu widowisku. Sanitariusze wroga przynieśli herbatę i czekoladę. Mój zapas opłatków skończył się.
– Teraz możecie wziąć mnie do niewoli — oznajmiłem.
– You go backy you brought us the Lord! — Możesz iść, przyniosłeś nam PANA! – ktoś odpowiedział.
Kilku lżej rannych mogło wrócić z nami na czołgu. Mając w zasięgu wzroku walczące wojska, wolno odjechaliśmy. Przez chwilę machaliśmy. Trzydzieści minut pokoju podczas całej wojny. Dzięki Eucharystii.”


(Zdjęcie poglądowe)


W 1944 roku na audiencji u papieża Piusa XII, Gereon Goldmann dostaje pozwolenie na przyjęcie święceń kapłańskich. 24 stycznia zostaje przeniesiony do strefy walk pod Monte Cassino. Dostaje się do angielskiej niewoli, w ramach której przetransportowany zostaje do Afryki Północnej, do obozu w Birkaden. 24 czerwca 1944 zostaje wyświęcony na kapłana przez arcybiskupa Algieru.

W 1946 roku Goldmann zostaje oskarżony o zbrodnie przeciwko ludzkości. W wyniku procesu zakonnik zostaje skazany na karę śmierci. Na krótko przed egzekucją wyrok zostaje skasowany. W 1947 roku Gereon zostaje zwolniony z niewoli.
Po sześciu latach pracy duszpasterskiej w Niemczech występuje z prośbą o możliwość podjęcia pracy misyjnej w Japonii. W 1954 roku zaczyna od nauki języka w Tokio. W Japonii zajmuje się głównie najuboższymi. Zbiera stare, porzucone w mieście ubrania i oddaje je potrzebującym. Budowany przez niego kościół w Itabashi Ku, dostaje przydomek „kościoła gałganiarzy”.



Najważniejsze dokonania Gereona Goldmanna podczas pracy w Japonii:

1957 koniec budowy „kościoła gałganiarzy” w Itabashi Ku. Budowa ośrodka wypoczynkowego dla matek i    dzieci w Karuizawie.
1964 utworzenie nowej parafii świętego Józefa z kościołem parafialnym w Tokio.
1965 odznaczenie japońskim orderem w uznaniu zasług w działalności społecznej.
1966 budowa przedszkola i klasztoru dla sióstr pod Shibetsu.
1967 pierwsza wyprawa do Indii. Początek wspierania karmelitów w Karali i Madrasie.
1969 budowa pierwszych trzech domów dla rodzin wielodzietnych w Tokio.
1971 ukończenie budowy szpitala karmelitów w Manalikarai (Madras).
1974 zakończenie działalności kapłańskiej. Rozpoczęcie projektu Instytutu Muzyki Kościelnej w Tokio.
1978 poświęcenie domu świętego Grzegorza w Instytucie Muzyki Kościelnej, nad którym kierownictwo objął ojciec Gereon.



W 1994 roku Gereon Goldmann, z racji podeszłego wieku wraca do Niemiec, gdzie w 26 lipca 2003 roku umiera klasztorze w Fruental (Fulda).



„Nigdy w dziejach wojen tak liczni nie zawdzięczali tak wiele tak nielicznym.”


źródła:

„Franciszkanin z SS. Prawdziwa historia Gereona Goldmanna OFM”
catholicunderthehood.com
alchetron.com



2 komentarze

  1. Książka człowieka, ba ojca duchownego, który chyba do dzisiaj nie jest w stanie zrozumieć ogromu zła jakie wyrządzili Niemcy, hitlerowcy, a na pewno SS-mani. On z dumą pisze o swojej formacji wojskowej. Chwali wytrwałość kolegów z SS, przechwala się swoimi umiejętnościami.

    W mojej ocenie żałosna książka i żałosny autor, który tyle lat po wojnie nadal oczadzony jest oparami wielkich Niemiec. 

    W zestawieniu z losami tylu znanych nam ludzi i świętych (Korczak, Mościcki, ojciec Kolbe nomen omen franciszkanin również) postać na wskroś godna politowania.

    Ta książka to marne wypociny żałosnego człowieka, który przegrał swoje życie, ale tego nie zauważył.

    Beznadziejny styl, żałosne wynurzenia, w tle faszyzujące myśli. 

    Szkoda czasu.

  2. Myślę że ważne jest to co zrobił dla innych. Moim skromnym zdaniem nie należy tego przekręcić. On niestety NIE miał wpływu na to gdzie się urodził…Ważne co zrobił w SWOIM życiu 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.