Krzysztof Haczyński „Szkarłat”

Czarna niczym madonna dzisiejsza noc, pełna świecących jasnym światłem punkcików przykuła moją uwagę. Crux, inaczej zwany krzyżem południa, wyznaczał drogę pulsarom, które migotały nieziemskim ogniem ledwo dostrzegalnym tu, na ziemi. A jednak tam, w boskich przestworzach wszechświata, są olbrzymami. Już wieki temu pisano w kronikach o wybuchu jednej z nich, który rozjaśnił niebo na wiele nocy i stworzył mgławicę Kraba. Kosmos i wszechświat nie jest nam, ludziom, znany. Choć przez wieki zdobyliśmy o nich ogrom wiedzy, to i tak potrafią nas zaskoczyć. Siedzę owinięty w czarny koc przy otwartym oknie, wdychając nocny, orzeźwiający chłód, napawam się widokiem kosmosu znad koron drzew przy akompaniamencie muzyki, którą na skrzypcach grają świerszcze. Koncert to zaiste przedni, a owady wlewają ambrozję do mych starych uszu, wprowadzając mnie w stan medytacji. Błogi przepływ myśli, które są nieskażone codziennością, czyste niczym łza pozwalają na rozmowę z ciszą – jedynym Bogiem, którego znam, i który pragnie mnie wysłuchać. Po tych wszystkich latach uświadomiłem sobie, że nie ma tam na górze niewidzialnego stwórcy, który wszystko stworzył, co mnie otacza. Nie on jest ojcem mnie ani niczego, co wokół. Gdyby tak było, to dzięki komu narodził się stwórca? Nie znacie na to pytanie odpowiedzi, i ja jej nie znam. Lecz wiedza, którą nabyłem czytając różne pisma i zapiski, pozwala mi wysnuć tezę, że stwórcą jest to wszystko, co nas otacza. Potężna energia, która w nas drzemie i kieruje ziemią oraz kosmosem, tworząc życie. W każdym człowieku drzemie cząstka boskości, o czym mówi Jezus w Piśmie Świętym, lecz należy uważać, by nie wpaść w samozachwyt. To my, ludzie, pazerna rasa, stworzyliśmy Boga na własne podobieństwo, by wszystkim władać. Chciwość to żądza potężniejsza od miłości, dlatego wojny i rozlew krwi w imię Boga są naszą codziennością. Tak też było jesienią 1860 roku, gdy w narodzie polskim coraz to gorętsza buzowała krew. Jesień owego 1860 roku była ponura i takież same, pełne napięcia były nastroje Polaków, którzy z utęsknieniem oczekiwali wyzwolenia z rąk zaborców. Sytuacja polityczna na świecie zmusiła owych trzech zaborców do spotkania we Warszawie. Zewsząd dochodziły wieści o włoskim ruchu narodowym, którym dowodził Garibaldi, jak się później okazało gorący zwolennik sprawy polskiej. Jego wyprawa tysiąca pomarańczowych koszul na Sycylię, która odniosła sukces, przyciągnęła do służby dla włoskiego rewolucjonisty mnóstwo ochotników, także z Polski. Jednym z nich był Marian Langiewicz, którego sylwetkę poznamy nieco później. Do Warszawy w deszczowy dzień dotarliśmy we czwórkę. Ojciec, Krzysztof, który dalej wzbudzał we mnie niechęć, lecz po opuszczeniu Stoków przez Olgę coraz bardziej stawał się mi obojętny, Ignacy, szpieg, który doszedł już do siebie po postrzale, ale pamiątkę po głupkowatym Józku w postaci kulejącej nogi nosił do końca życia. Polubiłem go podczas podróży na Mazowsze. Był pogodnym i pełnym humoru człowiekiem, a swymi opowieściami tylko umilał nam dwutygodniową podróż. I ja, jako czwarty zostałem zaproszony i wtajemniczony przez Macieja, aczkolwiek nie do końca w sprawę polską. Ojciec uznał, że nadszedł czas bym się zaangażował w sprawę odzyskania niepodległości dla Polski. Muszę przyznać, że wtedy młode serce biło mocno dla ojczyzny tak bardzo już umęczonej, lecz rozum młody i niespokojny pozostał. Teraz inaczej bym sprawami pokierował, bardziej dojrzale i efektywnie. Niestety, narwanych rozumów wśród Polaków było więcej, aniżeli spokojnych i opanowanych głów. Wtajemniczony po części w ruchy wyzwoleńcze oddaliłem nieco sprawę rodzinnej tajemnicy i wybór nowego miejsca spotkań z Anną. We Warszawie zatrzymaliśmy się w jednej z kamienic w centrum miasta, gdzie Ignacy miał znajomą właścicielkę domu, swoją drogą bardzo piękna była to kobieta. Smukła, z ciemnymi do ramion włosami, z lekko bladawą cerą i piwnymi oczami miała coś, co przyciągało wzrok mężczyzn. Przypuszczałem, że była kochanką Ignacego podczas jego pobytu we Warszawie. Jednak dla nas nie niewiasty były ważne, lecz informacje, gdyż do miasta zjechało się trzech władców państw zaborczych, w celu obradowania o dalszych losach polityki na ziemiach polskich i nie tylko. Na drugi dzień po przybyciu do stolicy, popołudniem, wybraliśmy się w trójkę na spacer po mieście. Nosiliśmy się elegancko, jak to na szlachciców przystało, byliśmy ubrani w czarne surduty i białe koszule, i tak bogato odziani przechadzaliśmy się po Warszawie. Mijali nas różni ludzie – od zwykłych kupców, sprzedawców mąki i chleba, po bogatych mieszczan i szlachetnie urodzonych. Mijaliśmy bogate kamienice zdobione zwisającymi z dachów gargulcami, które należały w większości do żydów. Zaiste bardzo bogate to było miasto, widziałem już podobne, gdy gościłem w Krakowie na dłużej niż jeden dzień, lecz Warszawa zrobiła na mnie nie mniejsze wrażenie, niż miasto królów. Życie na włościach to nie to samo, co mieszkać w dużym mieście. Tu można się rozwinąć, metropolie ściągają poetów, bardów, malarzy, wszelakiego rodzaju artystów i ludzi kultury. Także polityków i zwykłych mieszczan. Ciekawa to mieszanka. Zauważyliśmy, że w mniejszych uliczkach wokół Rynku gromadzili się młodzi ludzie, skromnie odziani w marynarki. Byli to w większości studenci, którzy pałali żądzą zemsty, podbudzani przez swych dowódców. Porywiste były to głowy, a w tamtym okresie potrzeba było spokoju. Na płycie Rynku zebrały się oddziały straży cesarskich trzech monarchów – Rosji, Austrii i Prus, które pilnowały, by nikt nie zakłócił porządku obradujących. Żołnierze stali dumnie wyprostowani, każdy nosił mundur innego koloru i szpiczaste hełmy na głowie. Pamiętam, że gdy ich zobaczyłem wezbrała we mnie krew i zapragnąłem zaszarżować z niewidzialną szablą w ręku, niczym nieustraszony Król Artur, wódz Brytanii, na oddziały straży carskiej, by walczyć o wolną Polskę. Jak się zapewne domyślacie, nie zrobiłem tego. Nie wiem, czy znalazłby się jakiś dureń, który by się porwał sam jeden na wyszkolonych żołnierzy. O zgrozo, jakiż byłby to fascynujący widok. Zamiast samotnej szarży wybrałem dalszy spacer na brzeg Wisły, rzeki polskich królów. Wody Wisły lekko falowały pod wpływem chłodnego wiatru, mewy szybowały w powietrzu, a łabędzie pary czyściły pióra tuż przy brzegu, w którym odbijało się zachodzące purpurą słońce. – Popatrz, synu – odezwał się Maciej, wskazując palcem rzekę, i dodał – Wisła, rzeka królów. Symbol niepodległej Polski. Od wieków płynęła przez nasz kraj, od gór wysokich po głębokie morze. Wyznaczała drogi królom i ojczyźnie. Aż do teraz, gdy jej bieg zmąciły siły nieprzyjaciół. Patrz tam. Przypatrz się dokładnie, czego będziesz bronić! – wykrzyknął pełen podniecenia.

Uniosłem wzrok ku niebu, zasłaniając dłonią oczy przed promieniami zachodzącego słońca, i patrzyłem w kierunku podniesionej dłoni ojca. Wysoko w górze, na tle czerwonej tarczy, szybował samotny orzeł. Krążył, jak gdyby szukał zwierzyny, unoszony prądami powietrza. Wtedy to pojąłem, jakiej sprawy będę bronić. Ja, Jan Szereniawski, uznany przez ojca za dość dojrzałego, by bronić narodowości polskiej, poczułem przypływ dumy i podniecenia. Ciarki przeszły mi przez plecy, potomek rodu Szereniawskich herbu Drag-Sas dojrzał. Sprawa, do której dojrzałem, by nastawić za nią pierś, była symbolem polskości. To orzeł i rzeka królów. To polski język i tradycje, to nasza, Polaków, ziemia. Krew będzie się lała, duchy będą błądzić. Staliśmy w milczeniu czas jakiś przy moście Kierbedzia, inaczej zwanym Aleksandryjskim, którego budowę zaczęto przed rokiem 1860. Miał on służyć dla kolei, lecz po jego wybudowaniu w kilka lat później zrezygnowano z tego pomysłu. Nagle z zamyślenia wyrwał nas tętent końskich kopyt. Oddział rosyjskich jeźdźców w zielonych mundurach, złożony w większości z kozaków w papachach na głowach, na czele których jechało trzech kozaków z wysokimi lancami przy boku jako czujki, przemknął obok nie zwracając na nas uwagi. Widziałem jak w Macieju wzbierała złość na widok zaborców, a i Krzysztof nie miał wesołej miny. – Rozpanoszyły się, gnidy jedne – rzucił gniewnie ojciec i splunął za rosyjskimi żołnierzami. – Gdyby tu był wampir z kresów, nie byliby tacy odważni. – Kim był wampir z kresów? – spytałem zaciekawiony, gdyż przydomek ten słyszałem po raz pierwszy w życiu. Potem dowiedziałem się, że był to wymysł ojca, gdyż człowieka, o którym mówił, inaczej zwano. – Jarema Wiśniowiecki, postrach kozaków – wyjaśnił Krzysztof i mówił dalej. – Jarema toczył po stronie polskiej wojny z buntownikami kozackimi. Okrutnie się z nimi obchodził i niczym Vlad Palownik nabijał ich na pale, szczególnie podczas powstania Chmielnickiego. Nastała cisza. Wyobraziłem sobie na tle ciemniejącego horyzontu setki nabitych na pale zaborców. Jęczeli i stękali z bólu, prosząc, by skrócić ich męki. Niektórzy już nie żyli, ich ciałami zajęły się kruki i wrony. W takim oto stanie agonalnym była nasza ojczyzna, pożerana z każdym dniem przez czarne ptaszyska. Przykro było na to patrzeć, choć wieczór był tak piękny. – Chodźmy! – powiedział Ojciec i dodał – lepiej wrócić do kamienicy nim się ściemni. Nocą może być w tym mieście niebezpieczne. Maciej miał rację, mówiąc, że nocami Warszawa, jak każde inne większe miasto, staje się gniazdem złodziejaszków, szabrowników, kurew, bandytów i różnych innych degeneratów. Ladacznice zaczęły wypełzać z domów publicznych. Ubrane w skromne suknie uwodziły przechodniów w nadziei szybkiego zarobku. Gdzieniegdzie boczną uliczką przemknął podejrzany typ. Na ulicy pojawili się też żandarmi, którzy nie mieli większej ochoty, by zapuścić się dalej niż kilkaset metrów od Rynku Głównego. Dotarliśmy prawie do kamienicy, gdy do naszych uszu dobiegły krzyki z jednej z uliczek przylegających do centrum. Postanowiliśmy podejść bliżej, by zobaczyć, co się dzieje. Otóż rosyjscy konni, którzy mijali nas przy budowanym moście, zostali wysłani do rozgonienia zbierających się licznie studentów polskich. Zapewne bano się, by nie doszło do większych zamieszek podczas wizytacji trzech cesarzy. Jeźdźcy używali szabli i lanc, tłukąc i dźgając młodych buntowników, nierzadko po głowach. W uliczkę wjechały kibitki i zabrały do więzień pojmanych młodzików, reszta zdążyła uciec. Na bruku pozostały plamy krwi i Kozacy. Nie czekając na to, by się nami zainteresowali, niezwłocznie udaliśmy się do kamienicy na pokoje, gdzie czekał już Ignacy z nowymi wieściami. – Jutro spotkamy się z Panem Jeziorańskim.  – Powiedział Ignacy, upijając łyk piwa z glinianego kufla. Zapadł późny wieczór, nim przystąpiliśmy do kolacji, która składała się z chleba, soczystej szynki, sera i dobrego piwa. Byliśmy jeszcze oszołomieni traktowaniem młodych mieszczan Warszawy przez rosyjskich żołnierzy. Stoki leżały na pograniczu dwóch mocarstw – Rosji i Austrii. Austriacy byli spokojni, zdyscyplinowani i dbali o wykształcenie swojej ludności, a nawet Polaków pod zaborem. Rosjanie natomiast nie dbali o nic i niczym się nie przejmowali, dlatego ludność mieszkająca pod rosyjskim zaborem była biedna. Obawialiśmy się, że Rosjanie mogą któregoś dnia napaść na dwór, dlatego Maciej dobrze o niego zadbał, obsadzając go wynajętymi do ochrony ludźmi. – Więc wyśpijmy się przed jutrem. – Powiedział ojciec, po czym oddalił się na spoczynek. Ranek nad stolicą przywitał nas śpiewem szybujących nad dachami kamienic miejskich ptaków. Szczególnie jaskółki, które wybudowały gniazda pod maszkaronami, niestrudzenie łowiły chmary komarów i muszek. Z wielkim zaciekawieniem obserwowałem te małe ptaszki, szybujące wysoko na niebie. Podziwiałem ich determinację do osiągnięcia wyznaczonego sobie celu. Jaskółki były wspaniałymi budowniczymi, wykorzystywały złowione owady i cząstki roślin, by zbudować od podstaw swój własny dom. Zastanawiałem się, czy ich świat jest wolny od agresji i mściwości.? Czy tak samo jak my, ludzie, toczą spory o kawałki ziemi i jej zasoby? Czy też żyją w harmonii z tym, co przynosi im natura? Słońce przybrało słonecznikowy kolor, niebo było bezchmurne. Wstawał ciepły, jesienny dzień, Warszawa budziła się do życia, a nasza trójka czekała na przyjście Ignacego, który przedstawić nas miał ważnej dla sprawy osobie. Wesołek pojawił się kilka chwil później, delikatnie pukając do drzwi. Gdy usłyszał od ojca pozwolenie na wejście, otworzył je i wkroczył do środka, kulejąc na zranioną przez Józka nogę. – Mości panowie, dorożka czeka. – Ignacy wypowiedział słowa z uśmiechem na twarzy. – Udajemy się w drogę? – spytał Maciej, nie kryjąc zdziwienia. – Tak – twarz Ignacego spoważniała. – Nikt po wczorajszych zajściach nie będzie robił interesów w centrum miasta. Czyżbyśmy wyruszali poza granice Warszawy, przemknęło mi przez myśl. Ignacy przestąpił z nogi na nogę, niecierpliwiąc się, aż w końcu powiedział. – Pan Jeziorański już czeka, Panie Szereniawski. – Tutaj ukłonił się z szacunkiem do rangi ojca i dodał – pospieszmy się. Bez zbędnych słów opuściliśmy kamienicę i wsiedliśmy we czterech do dorożki, która była zakrytą budą. Woźnica smagnął batem dwa zaprzęgnięte konie maści czarnej, po czym ruszyliśmy w nieznane nam tereny. Na ulicach pojawili się ludzie, zaczynający codzienną pracę. Pełno było żydów, którzy otwierali swoje kramy Trzeba było im przyznać, że od wieków szlifowali głowy do interesów. Potrafili się znaleźć w odpowiednim momencie, by zgarnąć fortunę. Skalski medyk, pan Józef, był tego najlepszym przykładem. Choć niechętnie się przyznawał do narodowości żydowskiej, gdyż powszechnie wiadomo, że żyd zawsze winien, ale i po radę najlepiej iść do żyda, profesję miał iście królewską. Na jego usługi mogła pozwolić sobie jedynie szlachta, ponieważ za swą pracę pobierał wysokie honorarium. Uprzedzę wasze pytanie. Chłopi leczyli się u weterynarza. Takież to mieliśmy czasy. Lecz wróćmy do stolicy. Konie ciągnęły dorożkę, przemykając przez ulice Warszawy, z każdym krokiem zostawiając za sobą zdobione kamienice, aby witać niskie obskurne domy z drewna i kamienia, kryte gontem lub strzechą, ogrodzone nierównymi sztachetami. Ulice, po części brukowane, wskazywały, że znaleźliśmy się w trochę bardziej zadbanej dzielnicy, lecz po wyglądzie mieszczan na bogatą nie wyglądała. Odbiliśmy od głównej drogi w lewo i wjechaliśmy w wąską uliczkę, na której po obu stronach stały niewysokie budynki. W oddali słychać było szum Wisły. Wysunąłem głowę przez okno i zauważyłem przed nami wyrastające średniej wielkości kominy. Musiała to być dzielnica robotnicza. – Jesteśmy na Powiślu, panie Janie – zaczepił mnie Ignacy i dodał – dzielnica bednarzy i garbarzy, niewykfalifikowanych robotników oraz… Zamilkł nagle, gdyż napotkał surowy wzrok Macieja, który wyjaśnił śmieszkowi jednoznacznie, że jeśli wpląta nas w niebezpieczeństwo, surowo za to zapłaci. Dorożka stanęła w miejscu. Ignacy pierwszy wysiadł z wozu, za nim Krzysztof, ja i na końcu ojciec. Staliśmy przed parterowym budynkiem z dwiema okiennicami wypuszczonymi na ulicę po obydwu stronach ganku, do którego prowadziła brukowana ścieżka. Za domem stał wysoki budynek z czerwonej cegły i komin, który widziałem wcześniej. Rozpoczęła się chyba praca garbarzy, gdyż wypuszczał kłęby białoszarego dymu. Ignacy otworzył drewnianą furtę, do której przylegał płot wymalowany czarną farbą. Wesołek pokuśtykał pierwszy, my zaraz za nim. Na ganku przywitał nas surowy wyraz twarzy wysokiego i szczupłego mężczyzny. Czarne włosy opadały mu na ramiona, bujny wąs uwydatniał jego oblicze. Miał na sobie czarny kaftan, spod którego wystawała szara koszula. Za pasem nosił nóż, rozmiarem przypominający tasak. Niewątpliwie ten szczupły, z pozoru miękki typek miał niejedno życie na sumieniu. Takich ludzi potrzebowaliśmy. Rzeźników Moskali, a nie lalusi biegających za kobiecymi sukniami, kochanków nocnych i bardów przygrywających na lutni. Czasy romantyzmu minęły, w zamian nastał czas krwi. Puchar napełniony szlachetnym szkarłatem należało opróżnić. Szczupły, jak przypuszczałem, warszawiak zmierzył nas wilczym wzrokiem, zamienił słowo z Ignacym, po czym zapukał trzy razy w drzwi i otworzył je, wpuszczając przybyszy do środka. Domyśliłem się, że trzykrotne pukanie było znakiem wcześniej ustalonym przez Ignacego z jegomościem, z którym przyszło nam się spotkać. Weszliśmy do wnętrza budynku, który okazał się typowo robotniczy. Był podzielony na dwa duże pokoje, pierwszy służył jako kuchnia, o czym świadczyła pieco-kuchnia postawiona w kącie przy kominie oraz drewniany stół. Podłoga zrobiona była ze zwykłych desek. Do drugiego pokoju prowadziły szerokie białe drzwi. Gdy je przekroczyliśmy naszym oczom ukazał się średniego wzrostu mężczyzna z czarną bujną brodą oraz wąsem, który obrastał jego pociągłą twarz. Włosy również czarne, nieco za długie, zaczesane miał z tyłu głowy, pośrodku której szedł przedziałek. Gdy nas spostrzegł wstał z krzesła, odsuwając się wcześniej od stołu zaścielonego białym obrusem. Okno, przy którym ustawiono stół, było przysłonięte zielonymi zasłonami, przez co pokój był zaciemniony. Mężczyzna podszedł do nas i wyciągnął dłoń w stronę ojca. Nosił czarny surdut, a pod spodem miał białą koszulę. – Pan Szereniawski, jak mniemam? – powiedział uprzejmie dostojnik, ściskając dłoń ojcu. – Maciej Szereniawski, kłaniam się – odparł ojciec, odwzajemniając uścisk dłoni. – Pan pozwoli, że przedstawię swoich dwóch towarzyszy drogi. Krzysztof Skorupski, człowiek o wysokim wykształceniu, nauczyciel rodem z Krakowa. A oto mój syn, Jan Szereniawski, następca rodu. Ignacego już zapewne zdążył pan poznać.

– Antoni Jeziorański  – przedstawił się nieznajomy i dodał – Panowie, zapraszam do stołu. Usiedliśmy przy stole. Jeziorański zapełnił kieliszki nalewką z karafki, po czym otworzył grawerowane pudełko, by poczęstować nas papierosem. Ja nie paliłem, natomiast pozostali panowie chętnie przyjęli poczęstunek. W kilka chwil w pokoju unosił się dym tytoniu oraz posmak wiśniówki. – Wraz z Ignacym, z którym jestem w stałym kontakcie, uznaliśmy, że nadeszła odpowiednia chwila, by się z panami spotkać. – Jeziorański opróżnił kieliszek, sztachnął się dymem i dodał – Panowie, Galicja będzie miejscem, od którego zacznie się droga ku wyzwoleniu. Sprawa jest wagi państwowej. Zapewne doszły was słuchy, że we Włoszech zrobiło się gorąco za sprawą Garibaldiego, dla którego walczy nie jeden Polak o znanym nazwisku. Wiemy, że Włoch jest naszym zwolennikiem. Tutaj, we Warszawie, mieści się Komitet Centralno-Narodowy pod kierownictwem, którego staniemy do walki z zaborcą. – Chwila, Panie Jeziorański  – wtrącił ojciec, wypuszczając dym z ust. – Czym chcecie walczyć z wyposażonym w broń i wyszkolonym najeźdźcą? – Domyślam się, że chodzi panu o kosynierów. Jak Pan wie, u Kościuszki się sprawdzili, więc i teraz mogą się sprawdzić. Lecz mam podobne obawy do pańskich i wiem, że same kosy nic nie poradzą. – Więc co pan proponuje? – spytał milczący, jak dotąd, Krzysztof. – Panie Krzysztofie, bardzo cieszy fakt, że jest Pan nauczycielem, ponieważ będzie znał się pan na sztuce dyplomacji. Oprócz Włoch, zachodnie kraje również patrzą przychylnie w stronę niepodległości Polski. Z tego powodu będziemy zmuszeni wysłać posłanników do tych krajów, które oferują nam pomoc. Należy położyć duży nacisk na broń i amunicję.

– Mam rozumieć, że szykowana jest dla mnie podróż – powiedział Krzysztof, gasząc papierosa. – Owszem. W imieniu Komitetu Centralno-Narodowego wyjedzie pan niezwłocznie do Francji w celach dyplomatycznych, a po drodze zakupi pan broń w Belgii. Szczegóły zostaną panu przedstawione przed wyjazdem. Tutaj ma pan adres, pod który się zgłosi. Pojedzie pan z przedstawicielem komitetu – Jeziorański podał Krzysztofowi zwinięty kawałek papieru, na którym był umieszczony adres, pod którym Skorupski miał dostać dalsze wytyczne. – Jakie zadanie Komitet wyznaczył dla mnie? – spytał Maciej, wypuszczając dym z płuc. – Panie Szereniawski, jest pan szlachcicem i żołnierzem – Jeziorański mówił poważnym tonem. – Pan zajmie się zaciągiem jak największej ilości ludzi i przeszkoleniu ich w pańskim okręgu. – W którym terminie planowane jest zbrojne powstanie? – spytał Maciej. – O wszystkim będziecie informowani poprzez specjalnych kurierów, takich jak Ignacy. Proszę spokojnie pracować, powstanie nie nastąpi tak szybko. Jak Pan dobrze wie, potrzebna jest broń. – Tutaj się zgadzamy, mości panie Jeziorański. Dyskusja trwała jeszcze kilka godzin, aż w końcu przerwał ją Jeziorański. – Panie Krzysztofie, życzę powodzenia podczas misji za granicą. – Jeziorański wstał od stołu, to samo uczyniliśmy my.

Tymi słowy zakończyło się spotkanie z Panem Antonim Jeziorańskim, który okazał się bardzo ważną personą, jeśli chodzi o sprawę niepodległości. Każdy z nas w imieniu Komitetu Centralno-Narodowego dostał ważne zadanie dla bardzo ważnej sprawy polskiej. Następnego dnia pożegnaliśmy się z Krzysztofem, życząc mu szczęścia podczas podróży i wykonania powierzonego mu zadania. Zostaliśmy we trzech do następnego dnia. Rankiem, gdy słońce wschodziło nad dachami, a ptaki śpiewały poran ne pieśni, pożegnaliśmy właścicielkę kamienicy pocałunkiem w dłoń i wsiedliśmy do czekającej na nas doróżki. Patrzyłem na zewnątrz, żegnając Warszawę, gdy nagle zauważyłem znajomą twarz. Na chodniku w towarzystwie moskalskich żołnierzy stała młoda dziewczyna, łudząco podobna do Basi. Wiedziałem, że wyjechała na studia i nie miała zbyt dużego kontaktu z Krzysztofem, prawie w ogóle nie dawała oznak życia. Może już wcześniej się rozstali, o czym nie miałem pojęcia. Dziewczyna oraz żołnierze zniknęli z pola widzenia, w zamian pojawiły się kamienice Warszawy. Żegnałem stolicę z myślą o niepodległej Polsce i z uczuciem czyjejś obecności. Ciarki przechodziły mi po plecach i poczułem się nieswojo. Zmora nie odpuszczała.

 

Krzysztof Haczyński (ur. 28 lipca 1986 roku) – pasjonat horrorów i historii, dążący do doskonałości w swej twórczości literackiej. Bezustannie kreuje zaskakujące scenariusze, wywołujące w czytelnikach dreszcz emocji i grozy. Już, jako kilkuletni chłopiec zachłysnął się światem horrorów, który zainspirował go i niezaprzeczalnie stał się fundamentem do obecnej twórczości artysty. Zadebiutował krótką, lecz porywającą opowieścią, noszącą wymowny tytuł „Grabarz”, jednak nie poprzestał na tym i można odnaleźć jego opowiadania w serii Antologii Słowiańskiego Horroru i w projekcie Śmiertelna Antologia, której Krzysztof jest pomysłodawcą i koordynatorem. Kreatywny autor o nieprzeniknionym umyśle i imponujących umiejętnościach prowadzenia czytelnika w świat koszmarów i przerażających demonów oraz tajemniczych historii…

Miłośnik sportu, książek, historii, spraw niewyjaśnionych i tajemniczych. Bardzo lubi przyrodę oraz kolekcjonować gliniane ozdobne kufle.

 

Zainteresowanych książka pt. „Szkarłat”
wydaną przez Wydawnictwo Dreszcz
zapraszamy na stronę wydawnictwa Dreszcz.com

Przedsprzedaż potrwa do 19.08.2019r

Książka objęta patronatem przez Tropiciele Historii

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.