„Nie pragnijcie zemsty”

Babcia Helena czeka w więzieniu na zamku w Lublinie na śmierć. Pisze do dzieci: „Takie surowe są niemieckie prawa. Ano trudno”

W obozie pracuje przy sortowaniu ubrań. Ciuchy są wysyłane do Trzeciej Rzeszy. Odbiorcy muszą się dziwić, bo wiele ma dziury. Robi je Helena.

Helena Pawluk, fotografia z indeksu, 1919 rok
(Fot. Archiwum Państwowego Muzeum na Majdanku/spuścizna Heleny Pawluk)

Rok 1944. W celi tłoczy się kilka kobiet. Zimno, ciemno, mokro. Do tego tyfus, na który choruje jedna z osadzonych. Helena Pawluk nie boi się, była szczepiona. Ma inne problemy. Bolą ją nerki, pęcherz, dół brzucha. Choć zatrudniła adwokata, nie wierzy w jego pomoc. Nawet najlepszy obrońca nie wyciągnie z więzienia na zamku w Lublinie. Tutaj skazani znikają – wywozi się ich do obozów koncentracyjnych albo zabija na miejscu. Helena też czeka na śmierć. Skazał ją niemiecki sąd. Informuje o tym dzieci w liście: „Takie surowe są niemieckie prawa i kto wie, czy nie trzeba będzie przypłacić tego życiem. Ano trudno”.

Akcja ratunkowa

Rodzi się w 1899 roku. Od dziecka wyróżnia się sprytem i dojrzałością. W szkolnym wypracowaniu o przyjaźni notuje, że nie ma szlachetniejszego uczucia. „Przyjaźń to kwiat egzotyczny wymagający nadzwyczajnie delikatnej gleby, w młodości swej bardzo wątły i łatwo dający się złamać, lecz gdy dojrzeje, staje się tak silny, że żadna, nawet największa burza, nie zdoła go złamać” – pisze.

Po wybuchu pierwszej wojny zostaje studentką prawa na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Zalicza na czwórki albo szóstki, tylko ostatnie egzaminy zdaje na trójki. Choć ma magistra, nie może znaleźć pracy w sądzie. Denerwuje się, że na kobiety czeka jedynie stanowisko urzędniczki.

A rwie się do roboty. Jest harcerką. Szczególnie traktuje dwie harcerskie zasady: by wiernie służyć Polsce i pomagać bliźnim. Dlatego gdy wybucha pierwsza wojna światowa, przechodzi szkolenie na sanitariuszkę. Wstępuje do czwartej grupy chirurgicznej i leczy żołnierzy. Więcej nie wiadomo. Helena nie chce opowiadać.

Później mieszka w Grajewie niedaleko Białegostoku. Ma pięcioro dzieci. Jej mąż, który choruje na serce, umiera na zawał w 1938 roku. Wtedy Helena dostaje od ojca mieszkanie w Lublinie, przeprowadza się. Front drugiej wojny zastaje ją w Suścu, wsi pod Tomaszowem Lubelskim. Spędza tu wakacje z dziećmi. Gdy widzi, jak Niemcy niszczą polską kawalerię, przerywa wypoczynek. Zakłada szpital polowy. Karmi, opatruje, daje ubrania żołnierzom błąkającym się po lesie. Kilkunastu z nich ratuje przed śmiercią. Pomagają jej miejscowi, którzy dostarczają lekarstwa, wodę, jedzenie, ciuchy. Lżej rannych wypuszcza, tych z cięższymi obrażeniami odwozi do pobliskiego szpitala. Gdy front się przesuwa, wraca do Lublina, zatrudnia jako higienistka w Radzie Głównej Opiekuńczej, czyli organizacji pomocy społecznej. Otwiera dom dla wszystkich, którzy ukrywają się przed Niemcami. Nocuje adwokatów, prokuratorów, obcych. Kontaktuje ich z rodzinami. Pewnego dnia dowiaduje się, że jej znajomy z Białegostoku, doktor Naum Pryłucki, trafił do obozu na Majdanku. Przed wojną lekarz opiekował się rodziną Pawluków, zwłaszcza mężem sercowcem. Teraz Helena nie może go zostawić. I obmyśla akcję ratunkową.

Wyrok

Zna Majdanek. Dzięki RGO może wjeżdżać na jego teren. Jest kierowniczką piekarni, furmanką przywozi więźniom chleb i zupy w kotłach, bo Niemcy nie potrafią wyżywić obozu.

Istnieje tylko jedna okazja, by uratować lekarza. Niemcy wypędzają go poza granice Majdanka na przymusowe roboty. Tam Helena planuje akcję. Wynajmuje woźnicę, bierze furmankę i przedziera się przez niemieckie posterunki. Wartownicy ją kojarzą. Przecież nieraz widzieli, jak wwoziła chleb do obozu. Poza tym Helena zna niemiecki. Zostawia pojazd z woźnicą i zagaduje strażnika. Niepilnowany lekarz wykorzystuje okazję, wskakuje na furmankę. Dostaje pieniądze i cywilne ciuchy. Chowa się albo w kotle po zupie, albo w drugim dnie.

Helena zabiera go do wsi pod Lublinem. Długo nie cieszą się wolnością. Donosi ktoś z okolicy. Po pięciu dniach zostają aresztowani, lądują na Majdanku. Ona z wyrokiem śmierci. Więźniowie spodziewają się, że on zostanie publicznie rozstrzelany, ale dostaje tylko chłostę. Kara zostaje przełożona, bo niebawem, 3 listopada 1943 roku, zaplanowano już akcję „Erntefest”. Tego dnia Niemcy zabijają 18 tysięcy więźniów. Każą im się rozebrać, wejść do dołu, położyć twarzą do ziemi i strzelają im w potylicę. Tak ginie też Pryłucki.

„Nie pragnijcie zemsty”

Helena żyje. Jest więźniem politycznym. Do pasiaka doszyto jej Fluchtpunkt, okrągłą białą naszywkę z czerwonym kołem w środku. Oznaczenie przypomina tarczę strzelniczą. Ten, kto ją nosi, jest podejrzany o ucieczkę i może zostać w każdej chwili zabity. Helena chodzi dumna.

W obozie pracuje przy sortowaniu ubrań. Ciuchy są zabierane więźniom, a potem wysyłane do Trzeciej Rzeszy. Odbiorcy muszą się dziwić, bo wiele jedwabnych bluzek ma na plecach dziury. Robi je Helena. Najpierw wycina materiał, rysuje na nim plany Majdanka, a potem wysyła skrawki do osób z zewnątrz. Szkice mają pomóc w ewakuacji obozu.

Szyje też sobie z sukna torbę z inicjałami. W środku: aspiryna, papier listowy, znaczek z Hitlerem, ołówek. Dzięki temu koresponduje z synami. 16 grudnia 1943 roku pisze: „Drogie moje chłopaki! I znów nie będziemy razem spędzać świąt. (…) Rośnijcie na dzielnych i prawych ludzi, byście mieli rozum i siłę do odbudowywania Ojczyzny pięknej i wolnej jak żaden inny kraj na świecie. (…) Nie zapominajcie też o Waszych paciorkach, o tych, co umierają w obozach i więzieniach”.

Wyróżnia się siłą. Więźniowie stoją po kilka godzin na karnych apelach. Większość upada, słabnie. A Helenie nogi się nie uginają. Mówi potem, że to dzięki zajęciom sportowym w harcerstwie.

Na wolności zostaje jej siostra Róża. Opiekuje się pięciorgiem dzieci Heleny. Też jest harcerką, działa w Armii Krajowej. Dzięki politycznym kontaktom próbuje ułaskawić rodzinę. Choć jej się nie udaje, to załatwia przenosiny. I tak po trzech miesiącach Helena opuszcza obóz koncentracyjny. W styczniu 1944 roku trafia do więzienia na zamku w Lublinie. A to dodatkowych kilka miesięcy życia.

Róża nie odpuszcza. Ma kartę przetargową, bo zanim siostra wyszła z Majdanka, wysłała jej jeszcze tajną przesyłkę. W paczce były złoto i pierścień. Róża podarowuje biżuterię sekretarzowi Hansa Franka, generalnego gubernatora Polski. Prosi, by nie pozwolił przełożonemu dogrzebać się do dokumentów siostry. Podpis pod wyrokiem oznaczałby śmierć.

Helena siedzi w celi z kilkoma kobietami. Pomaga torturowanym. Szczególnie opiekuje się jedną osadzoną. „Jej ciało wygląda jak zbita wątroba, zmienia kolor” – opisuje. Wciąż koresponduje z Różą, choć ma z tego powodu wyrzuty sumienia. Nie chce nikogo wykorzystywać ani narażać. Prosi jedynie o lekarstwa i jedzenie. Martwi się o synów. Wiedzą o wyroku? Pogodzili się, że nie zobaczą matki?

Przed śmiercią więźniarka ma jeszcze marzenie. Niech jej Mareczek i Staszek nauczą się pacierzy. Niech pójdą na ministrantów, służą do mszy. Niech siostra tego przypilnuje. Bo Helena wierzy w Boga, pomógł jej przetrwać na Majdanku, to i na zamku pomoże.

Drugiego kwietnia wyjaśnia w liście do dzieci: „Wiece już, że otrzymałam karę śmierci za to, że ratowałam człowieka, który kiedyś opiekował się Waszym ojcem i Was samych też nieraz leczył i ratował w chorobie. (…) Śmierć nie jest nigdy przypadkiem, a zrządzeniem Bożym, dlatego i ja z ufnością patrzę w przyszłość, oddawszy się Bogu w opiekę”; „Czas szybko mija i Wy z chłopców niedługo zostaniecie mężczyznami. Pamiętajcie wtedy, żeby otoczyć Ciocię opieką, (…) odwdzięczajcie się Jej za mnie i za siebie”.

A na koniec prosi: „(…) Nie pragnijcie zemsty i nie szukajcie odwetu, a Bogu pozostawcie karę i wymiar sprawiedliwości za tyle krzywd, jakie spotkały nasz cały naród. Może teraz nie zrozumiecie moich myśli, może ulegniecie powszechnej żądzy zemsty. Przeczytajcie list ten i pamiętajcie, że ja Was inaczej uczyłam, (…) jeśli w sercach swoich macie dla mnie miłość, to myślcie i czujcie jak ja, choćby to było wbrew powszechnemu przekonaniu. Bądźcie prawdziwymi chrześcijanami”.

Sekretarz Franka dotrzymuje słowa. Dzień w dzień przekłada dokumenty Heleny. Robi tak przez całą niemiecką okupację. A ta może wkrótce się skończyć, bo do Lublina kroczą Rosjanie. Wehrmacht już planuje ucieczkę. Wcześniej zamierza pozbyć się więźniów. Wywozi ich na Majdanek. Część nawet nie dociera do obozu, ginie w drodze w przewoźnych komorach gazowych. Ci, którzy zostają, są rozstrzeliwani na miejscu. Niemcy przyspieszają 22 lipca. Mężczyzn, kobiety, rannych, dzieci spędzają do jednej z większych cel. Strzelają na ślepo przez kraty. Krwi jest tyle, że sięga kostek, przesiąka przez ściany, kapie na niższe piętro.

Tego dnia strażnicy spieszą się i panikują. Słyszą dudnienie radzieckiej artylerii. Uciekają. Polskim strażnikom każą otworzyć cele dopiero o godzinie 15. Ci nie słuchają. Robią to znacznie szybciej.

Docierają też do Heleny. Żyje. Ze zdziwieniem patrzy na otwarte drzwi. Dostaje torebkę z sukna, z którą przyjechała z Majdanka. A potem słyszy od strażniczki: „Jesteś wolna. Uciekaj”. Niby zna Lublin, ma tu mieszkanie, powinna wiedzieć, gdzie iść. Ale stoi oszołomiona. Zapomina drogi. Drepcze przed siebie. Potem powie tylko, że tego dnia urodziła się na nowo.

W domu wojny nie ma

Po wojnie przeprowadza się do Warszawy. Zostaje kierowniczką inwestycji w budownictwie. Milczy o Majdanku i więzieniu. Czasami znajomym, z którymi spotyka się na obiedzie, wspomina o akcji uratowania Pryłuckiego. Ale zaraz się bulwersuje. Bo kolega podpowiada, by odnaleźć i opisać tego, kto na nich doniósł. Helena odmawia. Ma zasadę: ludzi się nie krzywdzi, nie mówi o nich źle. A w domu? Cisza. Boi się, że wspomnienia przygniotą rodzinę. Czasami tylko zasalutuje dzieciom, żartując: „Melduje się grupa sanitarna majora Szareckiego!”.

Dalej pomaga. Gdy w 1957 roku rodzi się wnuczek Wojtuś, rzuca dla niego pracę. Zastępuje mu rodziców, bo ci jeżdżą po Polsce za pieniądzem. Kocha i rozpieszcza. Jeśli maluch wyrzuca zabawki przez okno, Helena płaci dzieciom, by przytargały je z powrotem do domu. Nieraz Wojtuś dostaje Fluchtpunkt do zabawy. Nie rozumie, że trzyma wyrok śmierci. Gdy dorasta, nie pyta o wojnę. Są ważniejsze sprawy: nauka, dziewczyny, kumple. Zresztą babcia nadal milczy.

– Wie pan, kiedy można było podpytać ją o wojnę? Gdy miała dobry humor. Wtedy rzucała okruchy, coś tam szeptała. Dopiero gdy się ożeniłem, moja żona Danusia okrzyczała mnie, że nie interesowałem się historią własnej rodziny. A wie pan, jak to jest? Gdy ma się coś na co dzień, to się człowiek przyzwyczaja – mówi Wojciech Pawluk.

Więc babci słucha jego żona. Podziwia ją, bo dostaje Odznakę Grunwaldzką, Medal Zwycięstwa i Wolności 1945, Krzyż Oświęcimski. Bo w trakcie stanu wojennego chodzi do kościoła, by z siostrami franciszkankami organizować pomoc materialną.

Wszystkim wydaje się, jakby Helena nigdy nie odpoczywała. Nawet gdy coraz bardziej choruje, nadal potrafi się zerwać z łóżka. Wtedy siada na brzegu, opuszcza nogi, macha nimi i przekonuje: „Koledzy podpowiadali, by w starości robić ćwiczenia dla zdrowia”. Choć całe życie unikała tematu Majdanka, prosi, by na grobie zaznaczono, że była w obozie. Umiera w 1994 roku.

Oddajmy babcię

Część rodziny nawet nie zna wojennej historii Heleny, choć zostawiła ponad setkę dokumentów. W archiwum rozkładają się zdjęcia, legitymacje, świadectwa, listy… Znajdą się nawet okruszki aspiryny, którą nosiła w torbie w obozie. Danuta, wnuczka, nie może się z tym pogodzić. Jest jej żal babci. Ponad 20 lat kombinuje, jak ją upamiętnić. Podpowiedź znajduje w telewizorze. Pod koniec 2016 roku ogląda program, w którym występuje Anna Wójcik, kierowniczka archiwum Majdanka. Zachęca rodziny, by przekazywały jej pamiątki po byłych więźniach. Zadba o nie, wie, jak konserwować dokumenty. Danuta biegnie do męża w drugim pokoju. – Obóz się ogłasza, oddajmy mu babcię! – proponuje.

W nocy ma jeszcze sen: wchodzi do mieszkania Heleny, wszędzie grubo od kurzu. Podchodzi do opiekacza, który zawsze był osmolony. Otwiera go, a tam czyściutko, sprzęt jak nowy. Po pobudce stwierdza, że babcia dała znak. Znajduje kontakt do muzeum. Informuje, że ma archiwum, za które nie chce pieniędzy.

Wysłanie dokumentów? Odpada. Babci nie oddaje się w paczce. Więc Pawluki jadą samochodem z Warszawy do Lublina. Przekazują Annie Wójcik. Ta oprowadza ich po obozie. W krematorium Danuta dostrzega na ziemi błyszczący przedmiot.

Edward Gdela miał specyficzne poczucie humoru. Tuż po wojnie doradził komunistycznym agitatorom, aby zainstalowali głośniki-szczekaczki nie tylko na wiejskich słupach, ale także w oborach: ‚Niech bydło też posłucha’. Od lewej: teściowa Aleksandra, żona Cecylia, ojciec Ludwik, Edward, matka Anna, poniżej dzieci: Elżbieta (Mama autora) i Ludwik. Branica Suchowolska, ok. 1950 r.

– Coś tu leży!

Schyla się i podnosi łańcuszek. Jest nawet wisiorek – dłoń z niebieskim kamieniem pośrodku.

– To ręka Fatimy, izraelski amulet. Dobry znak – tłumaczy Wójcik.

Majdanek porusza Pawluków. Milczą w drodze do domu. Danuta nie może się uwolnić od jednej myśli: przecież tam żyła babcia, może prochy w krematorium należały do kogoś, kogo znała, lubiła? W domu sprawdza znaczenie ręki Fatimy. Wyczytuje, że znalezisko to znak błogosławieństwa i ochrony przed nieszczęściem.

– Żałuje pani oddania archiwum? – pytam.

– Nie. Gdy muzeum pochwaliło się dokumentami w mediach, sama zrobiłam podobnie. Tylko że napisałam post na Facebooku. Wtedy obruszyła się jedna ciocia: „Dlaczego wrzuciliście babcię do takiego śmietnika? Przecież mogła o sobie opowiedzieć. Ale nie zrobiła tego!”. Owszem, nie zrobiła. I przez to część rodziny wiedziała tylko, że podczas wojny babcia mieszkała w Lublinie. Na tym był koniec historii.

Wie pan, co mnie w niej zachwyciło? Lekarz, któremu pomogła, był Żydem. Ale nie zaznaczała tego. Bo czy to ważne, jaką rasę, narodowość ratowała?

 

 

Łukasz Pilip dla GW

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.