Niezwykły Dolny Śląsk „Fabryka” idealnych, aryjskich dzieci Hitlera.

Niezwykły Dolny Śląsk „Fabryka” idealnych, aryjskich dzieci Hitlera. Mroczna przeszłość dolnośląskiego pałacu

„Fabryka dzieci”, „wylęgarnia nadludzi”, „farma rozpłodowa” – to tylko niektóre określenia nazistowskich ośrodków Lebensbornu, czyli Źródła Życia. Tam spotykali się starannie wyselekcjonowani SS-mani z młodymi Niemkami, aby płodzić idealne, blondwłose, aryjskie dzieci. Ośrodki rozsiane były po całej Europie. Czy jeden z nich mieścił się w Kunzendorfie, dzisiejszym Mokrzeszowie na Dolnym Śląsku?

Budynek z żółtej cegły stoi przy drodze krajowej nr 35. To co miało dziać się w murach byłego szpitala w Mokrzeszowie jest częścią jednej z największych tajemnic III Rzeszy. To tu, w specjalnym Domu Matek miały spotykać się postawne blondynki z przystojnymi żołnierzami SS. Podczas schadzek mieli płodzić idealne „dzieci dla Hitlera”. Czy działała tam nazistowska „wylęgarnia Aryjczyków”, inaczej nazywana „domem rozpłodowym SS”? Nie ma na to żadnych dokumentów. Jednak domysłów i poszlak jest mnóstwo. Szpital, dom starców, sanatorium – tylko to jest pewne W XIX wieku w niewielkim Kunzendorfie, niedaleko Świdnicy i Zamku Książ, stanął ceglany gmach szpitalny. Przez niektórych do dziś nazywany jest pałacem. Choć tak naprawdę pałacem nigdy nie był. – Budynek powstał m.in. dzięki byłemu właścicielowi miejscowości, który w testamencie zapisał swoje dobra Zakonowi Kawalerów Maltańskich. Zastrzegł, że zakonnicy mają stworzyć tu mały szpital i dom starców – opowiada dr Dobiesław Karst z Muzeum Dawnego Kupiectwa w Świdnicy.

Lazaret w Mokrzeszowie na początku XX wieku. Nie wiadomo czy osoby na zdjęciu to obsługa szpitala czy pensjonariusze
Jednak zamiast kameralnego szpitala powstał olbrzymi obiekt z własną kaplicą. W trakcie I wojny światowej leczyli się tam niemieccy piloci. Na początku XX wieku pod dachem szpitala zakonników mieściło się 85 łóżek, a w ciągu roku hospitalizowano tu niemal 400 pacjentów. Połowa miejsc była zarezerwowana dla pacjentów umysłowo chorych. W dwudziestoleciu międzywojennym stworzono tu sanatorium. Tajemnice, zagadki, pytania bez odpowiedzi To co się działo tam później, tuż przed wojną i w jej trakcie, do dziś pozostaje tajemnicą. Ten okres w dziejach „pałacu” jest pełen znaków zapytania. – Nie ma na to żadnych dokumentów. Opieramy się właściwie tylko na relacjach świadków – przyznaje muzealnik. Co z nich wynika? Niektórzy mówili, że na początku lat 40. w Mokrzeszowie zorganizowano obóz przejściowy dla Niemców przesiedlanych ze wschodu i krajów nadbałtyckich. Inni z kolei twierdzili, że szpitalne mury ponownie zaczęły służyć chorym – mieli się tu leczyć ranni żołnierze. Jednak żadne ze wspomnień byłych mieszkańców Kunzendorfu nie rozpala wyobraźni tak, jak pogłoski o działającej tu „fabryce dzieci”.
 

Nadludzie z „farm rozpłodowych”

Tak po ponad 100 latach wygląda dawny szpital w Mokrzeszowie

W połowie lat 30. Heinrich Himmler utworzył Lebensborn. Celem organizacji Źródło Życia było m.in. stworzenie miejsc, w których mogłaby się „odnowić krew niemiecka” i gdzie miała być „hodowana nordycka rasa nadludzi”. By znaleźć się w takim ośrodku trzeba było przejść skrupulatną selekcję. Po kilku miesiącach idealne dzieci przekazywano bezdzietnym rodzinom członków SS. Na terenie III Rzeszy i okupowanej Europy zaczęły powstawać domy Lebensborn. Jak w swojej książce „Lebensborn, czyli Źródło Życia” pisze Roman Hrabar „złe języki nazywały je fabrykami dzieci szefa SS, Heinricha Himmlera”. Jeszcze gorsze języki były bardziej dosadne i nazywały ośrodki „farmami rozpłodowymi”. To właśnie w takich domach esesmani i starannie wyselekcjonowane młode Niemki współżyli, by stworzyć idealnych, blondwłosych Germanów. Rasę nadludzi, idealnych żołnierzy Hitlera.

Wnętrza mokrzeszowskiego „pałacu” w latach jego „świetności”

„Dziwne rzeczy” działy się w Kunzendorfie Niektórzy są pewni, że jeden z takich domów działał w byłej lecznicy w Kunzendorfie. – To jest fakt. Taki dom tu działał – twierdzi Tadeusz Słowikowski z Wałbrzycha, dziś znany jako pierwszy poszukiwacz „złotego pociągu”. Na potwierdzenie tego „faktu” brakuje jednak dokumentów. Według niektórych przekazów pierwszy taki ośrodek zaczął działać w Kunzendorfie jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. – W 1938 roku założono tu tzw. Dom Matek. Z obszaru całej Rzeszy sprowadzano kobiety o aryjskiej urodzie – opowiada Rafał Wietrzyński, miłośnik lokalnej historii i autor książek o losach regionu

Piękni niemieccy chłopcy mieli tu przyjeżdżać na kilka dni, aby z pięknymi niemieckimi dziewczętami płodzić dla Hitlera dzieci. Obie strony traktowały to jako wielki, zbiorowy obowiązek, a niemowlęta niemal od razu zabierano do specjalnych ośrodków
pisze Joanna Lamparska w książce „Dolny Śląsk jakiego nie znacie”

Postawne blondynki i chłopcy z frontu

Takie historie mają potwierdzać opowieści ówczesnych mieszkańców Kunzendorfu. Andrzej Gaik, eksplorator i przewodnik, wspomina rozmowę sprzed kilkunastu lat. – Starsza kobieta opowiadała, że w czasie wojny przyjeżdżało tu mnóstwo młodych Niemek. Postawnych blondynek. Sprowadzono żołnierzy z frontu, również wysokich blondynów. Jak twierdziła we wsi mówiło się o tym, że ci ludzie przyjeżdżali w celach prokreacji. Dzieci się rodziły, ale później ich tu nie było – przytacza relację mieszkanki Mokrzeszowa Gaik. Kobiety miały spacerować po wsi, a wizyty mężczyzn trwały po 2-3 tygodnie. – Skąd tyle młodych Niemek i mężczyzn z frontu? Wygląda na to, że to mógł być punkt kopulacyjny, wylęgarnia Aryjczyków – komentuje dziś przewodnik. Mokrzeszowski Dom Matek miał też utrzymywać kontakty z podobnym domem mieszczącym się w pobliskim Boguszowie. Tam z kolei mieli mieszkać mężczyźni. – Tak zawiązana współpraca między obu ośrodkami miała zaowocować w najbliższej przyszłości narodzinami nowej generacji nadludzi – opowiada Wietrzyński. Ary z Kunzendorfu? „Podejrzewam, że mój kolega Ary został poczęty w zakładzie Lebensborn w Mokrzeszowie koło Świdnicy, a to imię może być pochodzenia starogermańskiego” – napisał na jednym z forów internetowych pan Michał. Mężczyźni byli sierotami wojennymi. Po 1945 roku obaj, wraz z innymi polskimi i niemieckimi dziećmi, przebywali w sierocińcach na Dolnym Śląsku.

Kilka lat później do drzwi kolejnego z ośrodków zapukały przedstawicielki Polskiego Czerwonego Krzyża. Na prośbę rodziców szukały poniemieckich dzieci. – Ary przyszedł do mnie bardzo zmartwiony. Zapytał mnie co to jest burdel. Wytłumaczyłem mu na swój 10-letni sposób. Okazało się, że pani z PCK powiedziała mu, że urodził się w burdelu – wspomina dziś pan Michał. I dodaje, że wtedy kobieta nie mogła wiedzieć o

Były szpital Zakonu Kawalerów Maltańskich w latach 60. XX wieku

Lebensbornach i z tego powodu mogła użyć słowa burdel. – Matka mojego kolegi mogła napisać we wniosku, że urodziła go w jakimś ośrodku. Nie kryła tego, bo przecież to była dla niej duma. Czy to nie mógł być Lebensborn? A jeśli tak to może ten najbliższy, w Mokrzeszowie – zastanawia się mężczyzna. O tym, że mały Ary przyszedł na świat w „fabryce dzieci” może też świadczyć jego imię – Aribert. W końcu Himmler, miłośnik starogermańskich opowieści, polecał nadawanie takich „tradycyjnych” imion. Groby młodych kobiet, zmarły tuż po porodzie W 2010 roku lokalne media obiegła wiadomość, która miała przekonać niedowiarków do tego, że w niewielkiej miejscowości prężnie działał ośrodek płodzenia idealnych dzieci. Podczas ekshumacji na przykościelnym cmentarzu oprócz szczątków kilkudziesięciu żołnierzy natrafiono też na kości czterech kobiet. „Trzy kobiety miały około 20-30 lat i zmarły tuż po porodzie, na co wskazuje układ miednicy. Są niemym dowodem obłąkańczej polityki Hitlera. Czwarta kobieta w chwili śmierci była dużo starsza” – donosił w sierpniu portal swidnica24.pl. Co na to miejscowy ksiądz? Dziś nie jest chętny do rozmowy. Przyznaje jedynie: jakiś pan tu był, ale nic tu raczej nie było.

Te historie nie wszystkich przekonują. – Niemcy byli skrupulatni i taki Lebensborn byłby pewnie ujęty w archiwach – uważa dr Dobiesław Karst. Inny badacz lokalnej historii jest bardziej stanowczy. – Tu nigdy czegoś takiego nie było. Ktoś sobie wymyślił, że niby SS produkowało tu dzieci. To absolutnie niepotwierdzone. Tu był szpital, więc stąd te kobiece szczątki – twierdzi Edmund Nawrocki. Na oficjalnej liście ośrodków Domu Matek z Kunzendorfu nie ma. Nie ma jednak żadnej pewności, że ta lista jest pełna. Tym bardziej, że naziści starali się zacierać ślady, a wojennych dokumentów z Kunzendorfu nie ma. „Pałac” niszczeje, ale może jeszcze uda się go ocalić Co działo się z miasteczkiem po wojnie? Zmieniło nazwę, ale nie od razu. Na polskiej mapie z 1945 roku Kunzendorfu nie widać, zgubił się w gąszczu większych miejscowości. Większość z nich ma wciąż niemieckie nazwy. Mokrzeszów pojawił się dopiero później, a wraz z nim inne zmiany. Do gmachu wprowadzili się żołnierze Armii Czerwonej. Gdy po dwóch latach się wyprowadzili część obiektu była zdewastowana. Następnie dawną lecznicę wzięli sobie na celownik rolnicy. Była siedzibą kolejnych szkół rolniczo-ogrodniczych. Znalazło się tu też miejsce dla internatu. W latach 70. szkolne korytarze zabytkowego budynku „zagrały” w serialu „Gruby”

Tak w 2015 roku wygląda okazały dawniej gmach

W „pałacu” działał też Wojewódzki Ośrodek Doskonalenia Rolniczego, a potem przekształcono go w Wojewódzki Ośrodek Doskonalenia Kadr Administracji Państwowej. – Na początku lat 90. budynek przejęła gmina Świdnica. Nie bardzo było wiadomo co z nim zrobić. Nie było pomysłu – wspomina Karst. Obiekt stał pusty i niszczał. Bezskutecznie próbowano go sprzedać. W połowie lat 90. pojawiła się szansa dla tajemniczej ceglanej budowli. W lipcu 1995 roku niemiecki tygodnik „Der Spiegel” napisał: dawny zamek Zakonu Maltańskiego, który był szpitalem położniczym Lebensbornu nabył Alexander D. z Bawarii. Według tygodnika za gmach o wielkości 2400 metrów kw. zapłacił 120 tys. marek. Miały być wielkie remonty, do dzisiaj nie zrobiono nic. Skontaktowaliśmy się z przedstawicielem biznesmena. – Już wkrótce będzie się działo. Jesteśmy w stałym kontakcie z konserwatorem zabytków w Wałbrzychu. Przyjmujemy zalecenia, staramy się je wdrożyć – mówi Bartłomiej Grabias, reprezentujący D.

Nawet jeśli budynek uda się ocalić, jego wojenna tajemnica prawdopodobnie już nigdy nie zostanie wyjaśniona.

****

Lebensborn e. V., stowarzyszenie Źródeł Życia, było projektem Heinricha Himmlera. Jego rozpoczęcie zlecił już w 1935 roku. Wkrótce na terenie III Rzeszy zaczęto otwierać domy porodowe i domy dziecka. Himmler postawił przed ośrodkami kilka celów, m.in. popieranie wartościowych rasowo i genetycznie rodzin wielodzietnych i zapewnienie lokum wartościowym, pod tymi samymi względami, kobietom w ciąży. „Podarować Führerowi dziecko” – hasło stowarzyszenia nie pozostawiało wątpliwości co do motywacji kobiet, większość z nich urodzenie dziecka w ramach Lebensborn uważała za zaszczyt i wyróżnienie. Jednak nie każda kobieta się nadawała. Trzeba było spełnić surowe wymagania: przejść badania lekarskie i rasowe, zaprezentować zaświadczenie o braku chorób dziedzicznych i pochwalić się drzewem genealogicznym. Do ośrodków zgłaszały się trzy grupy kobiet: niezamężne panny, które chciały ukryć swój stan, mężatki, które potrzebowały opieki przed rozwiązaniem i te, które dopiero chciały zajść w ciążę. Latem 1944 roku młoda Lisamaria napisała list do Dowódcy SS i Policji w Dreźnie z zapytaniem czy pogłoski o domach rozpłodowych są prawdziwe. Pytała, bo sama chciała się do takiego zgłosić. W ramach Lebensborn prowadzono też m.in. rabunek dzieci. Niszczono metryki, tworzone nowe i umieszczano chłopców i dziewczynki w obozach germanizacyjnych. Tam prowadzono selekcję, te „wartościowe rasowo” trafiały do niemieckich rodzin, a źle rokujące zazwyczaj skazywano na śmierć w obozach.

Warunki w jednym z ośrodków Lebensborn

Dzieci z ośrodków Lebensborn miały być modelowymi Aryjczykami. Jednak przeważnie nie różniły się od swoich rówieśników, którzy przyszli na świat z nie tak czystych rasowo matek i ojców. ” pozbawione rodziców dzieci, miały przygotowywać się do życia w idealnym, pełnym blondynów świecie. W rzeczywistości, nie znające domowego ciepła maluchy, w wieku trzech lat często nie potrafiły jeszcze mówić, ani chodzić. U wielu stwierdzono później krzywicę i opóźnienie w rozwoju umysłowym. Na ironię zaś zakrawa fakt, że wiele z nich wcale nie miało aryjskiej urody” – pisze w swojej książce Lamparska. Z krajów okupowanych wywożono tysiące dzieci, żeby wychowywać je w specjalnych placówkach. „(…) każdy Niemiec czystej krwi, którego zdołamy przywieźć do kraju i wychować na świadomego obywatela Rzeszy, stanie się naszym wojownikiem, a wróg będzie miał jednego mniej. Mam zamiar gromadzić niemiecką krew z całego świata. Kraść i rabować, gdzie popadnie” – powiedział pewnego razu Himmler do swoich podwładnych

W ten sposób spełniając założenia nazisty większość dzieci urodzonych w oddziałach Źródła Życia dostawała nową tożsamość i była oddawana do adopcji. Dziś naziści byliby prawdopodobnie nimi rozczarowani. Dorothee Schmitz-Koester, autorka „Dzieci Hitlera. Losy urodzonych w Lebensborn” dotarła do 130 takich osób. Jak pisze z „przyszłej elity” wyrośli zwyczajni ludzie. „Niektórzy z nich zrobili kariery, inni wiodą skromne życie. Są wśród nich osoby w długoletnich związkach małżeńskich i osoby rozwiedzione, są single i wdowy, geje i heteroseksualiści, lewicowy i prawicowcy” – obrazuje pisarka. W „wylęgarniach Aryjczyków” mogło przyjść na świat nawet kilkanaście tysięcy dzieci. —- Zdjęcia do tekstu pochodzą ze zbiorów Strefy Pisiont, Fotopolski i Świdnickiego Archiwum Cyfrowego. Tajemniczy budynek znajduje się na terenie Mokrzeszowa.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.