Z historii miasta i ziemi świdwińskiej

Bolesław Holinko

Mistrz Holinko

Przemierzał ulice szybkim krokiem z otwartym na piersi pokrowcem aparatu. I jak każdy przybyły z Zachodu żołnierz, w berecie zawadiacko przesuniętym na bakier. Pamiętają tą postać świdwinianie o dłuższym stażu i wieku więcej niż średnim.

Bolesław Holinko, fotograf i kronikarz podnoszącego się z ruin miasta, powstającego w nowej rzeczywistości i z nowymi mieszkańcami.

Odgruzowywanie, nowe domy, chodniki, zieleńce, uroczystości państwowe i religijne, szkoły, zakłady pracy, zabawy w dużym i małym parku. Zdjęcia z tamtego okresu krążą w przestrzeni publicznej. Niestety swoich zdjęć nie sygnował.

Jestem przekonany, że większość fotografii z tamtego okresu udostępnianych w internecie oraz na stronie Świdwińskiego Społecznego Archiwum Cyfrowego (gorąco polecam) jest autorstwa mistrza Bolesława.

St. strzelec B. Holinko

Dzięki tym zdjęciom możemy odbywać podróże w czasie do miasta naszego dzieciństwa i lat młodzieńczych, do miasta naszych rodziców i dziadków. I za to winniśmy być mu wdzięczni. Obok fotografii jego drugą pasją była muzyka. Nauczał gry na instrumentach , prowadził dziecięce i młodzieżowe zespoły muzyczne.

Urodził się na Syberii w Krasnojarsku w sierpniu 1920 roku. Był pierwszym dzieckiem zesłańców Juliana i Marii. Maria pochodziła ze znanego i zamożnego rodu kresowego Piaskowskich. Wyszła za Juliana jako 14- latka, Bolesława urodziła dwa lata później. Do ojczyzny powracają po traktacie ryskim kończącym wojnę polsko – bolszewicką.

Osiedlają się w Drohobyczu (80 km na południowy zachód od Lwowa). Miasto słynęło z przemysłu naftowego i warzelni soli. Było częścią tzw. trójmiasta kresowego: Drohobycz, Truskawiec, Borysław. To tu urodził się, tworzył i tragicznie zginął Bruno Schultz. Z tym miastem związany był wybitny poeta, skamandryta Kazimierz Wierzyński.

Bolesław po szkole podstawowej ukończył 3-letnią zawodówkę z uprawnieniami kierowcy – mechanika. Znajduje zatrudnienie w drohobyckiej rafinerii ropy POLMIIN zgodnie ze swoim przygotowaniem zawodowym. W tym słynnym na całą Rzeczpospolitą państwowym przedsiębiorstwie (warunki socjalne, płace) pracuje jego ojciec na etacie pracownika technicznego i fotografa.

Sztandar dla LP 1962 r, fot. B. Hoilinko

We wrześniu 39 roku młodziutki Bolesław wyrusza na wojnę. Dostaje przydział do jednej z jednostek Korpusu Ochrony Pogranicza, jest kierowcą dowódcy żołnierzy ochraniających rafinerie zagłębia naftowego.

Po powrocie na ganku domu rodzinnego

W trzeciej dekadzie września przedziera się samochodem ze swoim dowódcą mjr. Marianem Dzierzbickim na Węgry. Towarzyszy im inżynier rafinerii i dwóch żołnierzy. Mają ze sobą ważne i tajne dokumenty rafinerii oraz ich oddziału ochrony mienia państwowego KOP.
Zostają internowani w obozie DOMOS, Domos to wieś na prawym brzegu Dunaju niedaleko Budapesztu. Szczęście mu sprzyja. W marcu 1940 roku ucieka wraz ze swoim dowódcą z obozu i szlakiem polskich żołnierzy tułaczy przez Jugosławię i Włochy przedostaje się do Francji gdzie gen. Sikorski, naczelny wódz i premier rządu, organizuje polską armię. Meldują się w obozie zbornym polskich żołnierzy w Bressuire, na zachodzie sojuszniczego państwa.

Otrzymuje przydział do 2-go Wileńskiego Dywizjonu Rozpoznawczego, zalążka kawalerii zmotoryzowanej 2 Dywizji Strzelców Pieszych gen. Bronisława Prugar- Ketlinga. Tu przechodzi pełne przeszkolenie wojskowe i pilnie uczy się języka francuskiego. Po dwóch miesiącach dywizja rusza na front. Bierze udział w walkach na Linii Maginota. Jest kierowcą wozu bojowego. Podczas walk osłonowych 19-20 czerwca w okolicach Besancon i Montbeliard dostaje się do niewoli niemieckiej.

Trafia najpierw do obozu jenieckiego w Besancon, a po kilku tygodniach do Stalagu XVII – B w dolnej Austrii (1). Z obozu są wysyłani do różnych prac w okolicznych miejscowościach. Oczywiście pod eskortą do fabryk, portów na Dunaju oraz gospodarstw rolnych. 5 maja 1945 roku bramy jednego z podobozów, w którym przebywa, otwierają żołnierze jednej z dywizji pancernych armii gen. Georga Pattona.

Uwolnionych przetransportowano samolotem do Paryża, a tam w Centrum Demobilizacyjnym po załatwieniu niezbędnych formalności zostają skierowani do obozów zbornych najpierw Bessieres (nr 3) a po jakimś czasie do Lille (nr 1). Bierze udział w obozowym życiu kulturalnym. Uczy się gry na mandolinie, perkusji i gitarze. Występuje w obozowym teatrze, uczęszcza na kursy fotografii, szlifuje język francuski i niemiecki.

Z żoną sanitariuszką Lucyną

Podczas jednej z zabaw z rodaczkami służącymi w Pomocniczej Służbie Kobiet popularnie nazywanymi „pestkami” poznaje młodą, pochodzącą z Łodzi 21 letnią sanitariuszkę Lucynę Płachtę. W czerwcu 1946 roku biorą ślub. Zamieszkują razem w Lys-Lez-Lannoy nieopodal Lille.

Żołnierze mają do wyboru albo wrócić do kraju albo pozostać na Zachodzie pracując przeważnie fizycznie we Francji lub Anglii.

Bolesław wybiera kraj.

Poprzez obóz demobilizacyjny w Szkocji, po blisko 8 latach przebywania na obczyźnie, 30 maja 1947 roku schodzi ze statku na ląd w gdańskim porcie. Towarzyszy mu nowo poślubiona żona Lucyna.

Widok na miasto z ul. Pocztowej, fot. B. Holinko
Mistrz Bolesław Holinko

Gdy po 8 latach przebywania na obczyźnie Bolesław z młodą żoną Lucyną schodzi na ląd w gdańskim porcie, rodzina Holinków jest już niemal w komplecie. Rodzice Maria i Julian poszukują dzieci za pośrednictwem Czerwonego Krzyża. Odnajdują. Wojna rozrzuciła je niemal po całej Europie. Wracają, pierwszy Bolesław z Lucyną, jako zdemobilizowani żołnierze Armii Polskiej na Zachodzie. Młodsze rodzeństwo Tadeusz i Alicja z robót przymusowych w Rzeszy.

Najpóźniej powróci najmłodsza Janina. We wspomnieniach rodzinnych piękna o niezłomnym charakterze kobieta. Więźniarka obozu koncentracyjnego, „królik doświadczalny” nazistowskich eksperymentów medycznych. Po zwolnieniu skierowana na roboty przymusowe. Okazało się, że niedaleko siostry Alicji. Tam poznaje Włocha Costię Renzo, zostają parą. Costia z przyjaciółmi organizują brawurową ucieczkę przez Austrię do Włoch. Po wielu perypetiach docierają do rodzinnej miejscowości Costii -Torre del Lago. Pobierają się. Janina tęskni za rodziną i Polską. Za pośrednictwem PCK nawiązuje kontakt z rodzicami i wraca z mężem do Polski, do Świdwina. Po tragicznych przeżyciach wojennych życie osobiste Janiny nie układa się dobrze. Rozwód z Costią, kolejne związki też nie trwają długo. Dopiero ostatni przerwała śmierć męża.

Julian i Maria po wysiedleniu z Drohobycza przez rok szukali swojego nowego miejsca. Początkowo niedaleko Wrocławia, później w Poczerninie na skraju Puszczy Goleniowskiej, by w końcu osiąść w Świdwinie.

Był rok 1946.

Miasto jak wiele na zachodzie. Wypalone śródmieście, wysiedlani niemieccy mieszkańcy, repatrianci z polskich kresów wschodnich, osadnicy z innych regionów Polski, szabrownicy.

Zajmują lokal niedaleko dworca, przy Kołobrzeskiej 43, na parterze okazałej kamienicy. Ojciec Julian kompletuje sprzęt fotograficzny i urządza pracownię. Ma pierwszych klientów, w pracy pomaga mu Bolesław.

Stoją Bolesław Holinko, po lewej ze skrzypcami Bożena Nawrot. Siedzi z gitarą Mietek Holinko, z harmonią Ziutek Mastalarek oraz mama i babcia Holinków Maria. Pozostałe NN.

Nie są pierwsi w tej branży. Od 1945 roku funkcjonuje zakład fotograficzny Eugeniusza Piwińskiego przy ul. 3 Marca (wówczas Dworcowej) 13. Po jego śmierci zakład prowadzi jego żona Olga. Wnuk Piwińskich Ryszard, późniejszy pracownik naukowym Katedry Arabistyki i Islamistyki Uniwersytetu Warszawskiego był moim kolegą z połczyńskiego liceum. Marzyciel piszący wiersze na poczekaniu. Romantyczny, z głową w chmurach, uroczy kompan. Jego pasją od, najmłodszych lat były języki obce: greka, łacina, niemiecki i angielski. Tylko w rosyjskim gustował umiarkowanie.

U Piwińskich fotograficznego rzemiosła uczyli się Władysław Pyrczak, kolega szkolny mojego brata Michała. Zakład funkcjonuje dzisiaj przy Bramie, prowadzi go syn pana Władysława. Tam też szlify fotografa zdobywa Janina Włodarczyk. Przez długie lata aż do emerytury prowadziła pracownię przy nieistniejącej już ul. Ogrodowej. Był to mój ulubiony zakład fotograficzny z czasów kawalerskich. Tam namiętnie robiłem sobie zdjęcia, które słałem kolejnym, zawsze już ostatnim wybrankom serca.

Kursanci w Sp-ni Pracy Fotografika w Połczynie Zdroju. Ostatni z prawej B. Holinko

Pani Janina zawsze uśmiechnięta, znosiła cierpliwie moje fanaberie. Pamiętam, że zawsze miała uczennice. Była naszym fotografem niemal rodzinnym. Później przeniosła zakład do nowo wybudowanego domu przy Połczyńskiej. Dzisiaj już na emeryturze.
Rodzina Bolesława się powiększa, w maju 47 roku na świat przychodzi Mieczysław.

Mieciu człowiek niezwykły, przyjaciel z duszą artysty, wagabunda. Pięknie śpiewał i grał na wielu instrumentach. Czasami jego wybory i decyzje życiowe były niezbyt fortunne i zrozumiałe. Tak było gdy postanowił zostać rolnikiem. Kupił gospodarstwo. Czasami go odwiedzaliśmy. Wiadomo biesiadowaliśmy, a żona Mietka robiła obrządek. Później na długo straciłem z nim kontakt, wiedziałem, że długotrwała choroba żony Elżbiety była między innymi powodem rezygnacji z gospodarowania. Pozostały jakieś długi.

Po kilku latach, gdzieś około 2000 roku spotkałem go na ulicy. Zawsze chudy, a teraz jakby bardziej. Zapytałem co się z nim działo prze tyle lat. Z krótkiej rozmowy wynikało, że aby finansowo się odkuć wyjechał do Czeczenii w interesach. Dotarł nielegalnie, po wielu perypetiach. Złapali go za przemyt i przymknęli. Po zwolnieniu został przez jakąś bandę czeczeńską ograbiony z resztek pieniędzy i dokumentów. Wielokrotnie grożono mu śmiercią. Pasał kozy w czeczeńskich górach za jedzenie i nocleg. Udało mu się uciec. Po wielu perypetiach goły i bosy wrócił do kraju. Pomogła mu w tym żona sowieckiego generała, którą zauroczył swoją grą i śpiewem. Pomogła poprzez męża wyrobić odpowiednie papiery. „Kiedyś opowiem więcej”, rzucił na odchodne. Niestety nie zdążył. W październiku 2010 żegnaliśmy go z przyjaciółmi na starym cmentarzu. Na zakończenie smutnej uroczystości z głośnika popłynęła pieśń Leonarda Cohena „Dance me to the end of love” ulubiony utwór Mietka. Żona i dzieci Mietka mieszkają gdzieś w Europie.

Rok 1952. Przed zakładem fot. przy Nowomiejskiej. Od prawej B.Holinko, Marianna Gach, Maria Holinko NN
Państwo Holinkowie z dziećmi, Mietkiem i Teresą

Po urodzinach syna, Bolesław otrzymuje samodzielne mieszkanie i zatrudnia się w świdwińskiej Gminnej Spółdzielni S.Ch jako kontysta. Pracuje tam blisko siedem lat do 1956 roku. Na świat przychodzi córka Teresa. Po śmierci ojca, matka Bolesława otwiera zakład fotograficzny przy ul. Nowomiejskiej 41a. Była to filia spółdzielni fotograficznej „Jedność” w Połczynie Zdroju. Bolesław zwalnia się z Gminnej Spółdzielni, kończy kurs fotografii egzaminem czeladniczym w Cechu Rzemiosł Różnych w Słupsku.

Pod koniec 1956 roku otrzymuje lokal mieszkalny przy ulicy 3 Marca 4. Otwiera w nim zakład fotograficzny, początkowo jako filię połczyńskiej spółdzielni a później własny. 6 listopada 1986 roku Bolesław w wyniku zawału serca umiera.

Firma fotograficzna Holinko, założona jeszcze przez ojca Juliana, po niemal 50 latach istnienia, znika z pejzażu miasta.

Druga, nieżyjąca już żona Bolesława Sylwia, z którą dochował się dwóch córek Wandy i Doroty, urządza w lokalu sklep. Dzisiaj jest to znana i od lat funkcjonująca drogeria „Dorotka” własność najmłodszej córki Bolesława.

Mistrz z uczniami

Równie wielką pasją Bolesława była muzyka. Uczy dzieci i młodzież gry na gitarze, mandolinie i innych instrumentach. Jego uczennicą była również moja żona Irena, uczyła się grać na mandolinie. Prowadzi kółka i zespoły muzyczne w świdwińskim PDK, w Technikum Mechanizacji Rolnictwa, w Rąbinie i innych miejscowościach.

Gra w Kombinacie Rolnym Redło przy okazji wystawy jego prac fotograficznych. Z zespołami muzycznymi daje koncerty w mieście i ościennych gminach. Gra również ”do kotleta” na dancingach w restauracjach.

Po ukazaniu się pierwszej części tekstu, wielu, już niezbyt młodych ludzi których uczył grania, zaczepiało mnie na ulicy i z rozrzewnieniem wspominało tamte lata, nie tylko naukę, ale i występy oraz opowieści z wojny Mistrza Bolesława.

Również otrzymałem list od świdwinianina od lat zamieszkałego w Gryficach, przyjaciela moich starszych braci, emerytowanego pedagoga, historyka i działacza kultury dr. Antoniego Cieślińskiego który pisze:

„Zbyszku. Dziękuję za nadesłane fotki oraz tekst o Bolesławie Holinko. Po raz pierwszy spotkałem Jego przy pasaniu mojej krowy przy ul. Kołobrzeskiej – naprzeciw gorzelni. Prosiłem o sfotografowanie mnie i kolegów ponieważ widziałem na jego piersi aparat fotograficzny. Uczynił to. Nie mogę znaleźć w domowych pieleszach tego zdjęcia. Drugie zdjęcie Holinki jako kolędnicy w załączeniu […] Przygotowuję do wydania publikację „Oni byli pierwsi – 100 postaci Gryfic z lat 1945 – 1948” Przydałaby się podobna o Świdwinie. Jedna z postaci już jest : Bolesław Holinko. Jeszcze tylko pozostałe – 99 . Rzecz trudna ale do wykonania.
Pozdrawiam – Antoni C.’’

Rzecz trudna , ale wykonalna , warta rozpatrzenia i chętnie się w to włączę. Pamięć o setkach pierwszych mieszkańców miasta, ludzi różnych zawodów, różnych środowisk, różnego pochodzenia warto ocalić od zapomnienia.

Zbigniew Czajkowski

Przypis (1)
Stalag XVII-B w pobliżu wsi Gneixendorf, kilka kilometrów od Krems nad Dunajem – największy obóz jeńców wojennych w Austrii i jeden z największych w całej III Rzeszy. Tu więziono żołnierzy polskich, belgijskich, francuskich, serbskich, rosyjskich, amerykańskich….O losach amerykańskich jeńców tego obozu nakręcił film „Stalag 17” jeden z czołowych twórców kina światowego Billy Wilder.

Jeden z zespołów muzycznych B.Holinki.

 

1 KOMENTARZ

  1. Pan Bolesław miał jeszcze jedno dziecko –  najstarsze syn Andrzej ur. 18. listopada 1945 r.  przez jego pierwszą miłość Marię Płocica . Poznali sie w Austrii i los ich rozdzielił, każde z nich myślało że drugie nie żyje. Pan Holinko otrzymał wiadomość, że Maria nie przeżyła transportu ( będąc w ciąży), tak samo Maria otrzymała wiadomośc, że Bolek zginął….po wielu latach okazało się to nieprawdą, Odnaleźli sie poprzez Czerwony Krzyż( list z zapytaniem – gdzie Pan Bolesław Holinko  zginął -wysłała żona Andrzeja i otrzymała odpowiedź że Pan Bolesław żyje i mieszka obecnie w Świdwinie i został powiadomiony że jest poszukiwany przez Pana Andrzeja…..dalej to już wymiana listów pomiędzy ojcem a synem)…, Maria i Bolesław, ich pierwsze spotkanie "powojenne" odbyło się na dworcu Jaworzno-Szczakowa, było to bardzo przejmujące wręcz rozdzierające serce spotkanie, sposób w jaki się witali, jak na siebie patrzyli tulili się i płakali. Wtedy też Pan Bolesław pierwszy raz zobaczył już dorosłego swojego syna Andrzeja z żoną Urszulą  jak i poznał swoje  wnuczki młodszą Beatę i starszą wnuczkę która niezwykle była podobna do Pana Holinko i odziedziczyła po nim talent do muzyki i śpiewu o imieniu Sylvia- Bogumiła.  Dzieje Pana Holinko sa niezwykłe i wzruszające. Również na tym samym dworcu kilka dni później przywitał się z kolegą, właściwie wspólnym  przyjacielem ktory przeżył wojenną zawieruchę, przyjaciel Pana Holinko również myślał że Pan Bolesław nie żyje, a z Marią matka pierwszego dziecka Pana Holinko utrzymywali kontakt i  to Maria  powiadomiła ich wspólnego przyjaciela który mieszkał w Krakowie,że ma dla niego niespodziankę i muszą się spotkać…to było spotkanie, brak słów które by mogło je opisać…. rozpoznali  się z daleka, tak jakby czas się dla nich zatrzymał- niesamowite ! Niestety wszyscy juz odeszli z tego świata. Pan Bolesław Holinko doczekał się wnuków i obecnie prawnuków, żal tylko że odszedł za  wcześnie…lecz życie mial pełne pasji, niespodziewanych zwrotów, pełne przygód. Żył i odszedł przebywając wśród ludzi którzy go podziwiali, szanowali i kochali.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.