Wilhelm Gustloff. Największa morska tragedia.

Każdy, kto choć trochę interesuje się II wojną światową, zna ten statek.

Ładna sylwetka, pojedynczy komin, pomalowany na biało kadłub. Nazwany po szwajcarskim naziście, zamordowanym przez żydowskiego studenta .

Flagowy statek wycieczkowy organizacji sportowej III Rzeszy Kraft durch Freude – ”Siła przez radość”. Miał tylko jedną klasę – innej nie było. Nazywano go ”statkiem bez klas”, podkreślając związki z robotnikami. 30 stycznia 1944 roku wypływał w swój ostatni rejs. 

Styczeń 1945 roku był bardzo zimnym miesiącem. Padał gęsty śnieg, ziemię skuł lód. Nawet Zatoka Gdańska była nim pokryta. Ale to nie mróz był największym problemem.

12 stycznia ruszyła ofensywa styczniowa Armii Czerwonej. Setki tysięcy oszalałych ze strachu niemieckich cywilów uciekało na zachód. Bali się Sowietów. Propaganda III Rzeszy eksponowała okrucieństwo radzieckich żołdaków – jak przyszłość miała pokazać – było to prorocze. Wśród nich uchodzili też bonzowie NSDAP, oficerowie Gestapo, policjanci, umykający przed odpowiedzialnością za swoje zbrodnie. Ewakuowano ciężko rannych żołnierzy, marynarzy, służby pomocnicze.

Jedynym ratunkiem były porty. Ostatnią deską ratunku były granatowe mundury Kriegsmarine. Tysiące ludzi wierzyło, że admirał Doenitz nie zawiedzie. Że zabierze ich z wojennego szaleństwa. „Płacono niewiary­godnie wysokie sumy za zaświadczenie ewa­kuacyjne lub kartę okrętową. Korupcja by­ła powszechna. Kobiety próbowały przemy­cać na statki synów i mężów. Przebierały ich we własne stroje, chowały w kufrach i skrzyniach. Nie zawsze wybiegi te kończy­ły się pomyślnie. Tereny portów i pokłady statków kontrolowane były przez patrole SS, które wyłapywały dezerterów i męż­czyzn nadających się do Volkssturmu”, wspominała jedna z mieszkanek Pillau.

Statki były przeładowane do granic możliwości. Odchodziły małymi konwojami do Rzeszy w ramach operacji ”Hannibal”. Zaprzęgnięto wszystko, co mogło pływać – okręty wojenne, parowce, większe trawlery, a przede wszystkim – statki pasażerskie. Wśród nich był ”Wilhelm Gustloff”. Do przeszłości należały luksusy na jego pokładzie. Od 1939 r. statek służył jako jednostka szpitalna i hulk koszarowy Kriegsmarine. Pojawił się wojenny kamuflaż, zamontowano na nim działka przeciwlotnicze i wyrzutnie bomb głębinowych.

Na statku znalazło się 173 członków załogi, 918 marynarzy z 2. U-Boot Lehr-Division, 373 dziewczęta z kobiecych służb pomocniczych, 162 rannych żołnierzy Wehrmachtu i 4424 uciekinierów. Liczba pasażerów na pewno była większa. Statek był przeładowany do granic możliwości. Mówi się, że było na nim ponad 10 tys. ludzi. „Wraz z sąsiadką dostałam miejsce w kajucie. W ewidencję wpisano tylko mnie i ją, a przecież była z nami trójka dzieci. Dzieci po­niżej pięciu lat, a nawet starsze, nie były re­jestrowane. Widziałam ponadto, że mnó­stwo ludzi wchodziło przez trap dla obsługi. Byli to odwiedzający, goście załogi, zaopa­trzeniowcy. Wielu z nich miało ze sobą bagaż. Wszyscy wiedzieli, że dużo osób wcho­dziło na pokład, bo załatwili sobie przepust­ki »na czarno«”, wspomina pani Łucja, mieszkanka Gdyni, która była na statku.

30 stycznia „Wilhelm Gustloff” wraz ze statkiem „Hansa” miał wypłynąć w konwoju pod eskortą dwóch okrętów. Awaria „Hansy” spowodowała, że statek płynął sam, pod eskortą torpedowca „Löwe”. Drugi okręt zrezygnował z powodu ciężkich warunków atmosferycznych. Termometr wykazywał na zewnątrz -18 °C, wiał zimny i porywisty wiatr, morze było wzburzone, szybko zapadał zmrok.

„Kazano nam szczelnie zasłonić bulaje, statek miał iść w całkowitym zaciem­nieniu. Po kaju­tach chodzili marynarze i sprawdzali czy wszyscy mają włożone kamizelki. Nie wol­no było ich zdejmować. Wykonałam polece­nie, ale nie wszyscy posłuchali rozkazu ka­pitana. Wielu podłożyło sobie kamizelki pod głowę, by wygodniej było spać”, wspominała pani Łucja. Niektóre ciężarne kobiety nawet rodziły na statku – jako miejsce urodzenia zapisywano aktualną pozycję ”Gustloffa”.

„Wilhelm Gustloff” płynął prostym kursem na zachód. Nie zygzakował, co mogłoby go uratować. Wachtowi przeczesywali morze, ale nie mogli niczego dostrzec. Do dzisiaj nie wiadomo, czemu radiotelegrafista na statku nie odebrał wiadomości, że w pobliżu pływa radziecki okręt podwodny.

A tym był S-13 dowodzony przez kapitana III rangi, Aleksandra Marinesko. Był to problematyczny dowódca. Był odważny, to prawda, ale jednocześnie pił na umór i zabawiał się. W grudniu 1944 roku oskarżono go dezercję i zdradę. Powodem była kilkudniowa impreza, podczas której Marinesko zabawiał się ze szwedzką właścicielką hotelu, a która okazała się być pracownicą wywiadu. Dowodzący Flotą Bałtycką admirał Tribuc polecił Marinesce zrehabilitować się udanym patrolem bojowym.

O 19:10 wachtowy na S-13 zawiadomił dowódcę o dużej jednostce, wypływającej w zaciemnieniu z portu. Marinesko natychmiast wydał rozkaz rozpoczęcia akcji bojowej. Z pozycji półwynurzonej nakazał odpalić trzy torpedy.

O 21:16 statek został trafiony na wysokości Ławicy Słupskiej, niedaleko Łeby. Pierwsza torpeda uderzyła w dziób statku, w lewą burtę. Początkowo nikt się nie przejął, uznano to za wejście na dryfującą minę. Zaraz potem w śródokręcie trafiła druga, w rejon basenu pływackiego. Z powodu braku miejsca ulokowano w nim 174 dziewczyny ze służb łączności. Zginęły wszystkie, poza dwiema. Trzecia torpeda trafiła w maszynownię, unieruchamiając silniki.

Na pokładzie wybuchła panika. Załoga statku natychmiast zaczęła nadawać komunikat SOS i strzelać czerwonymi rakietami w niebo, w nadziei, że ktoś ich zobaczy. Momentalnie zgasły wszystkie światła. Ludzie biegali bezładnie i tratowali się. Niektórzy torowali sobie drogę wiosłami, czy pałkami, a nawet bronią palną. Eksplozje wygięły wiele drzwi, klinując przejścia. Ranni leżeli na korytarzach w kałużach krwi. Nikt się nimi nie zajmował. „Kiedy statek został tra­fiony, zrozumiałam że muszę jak najszybciej wydostać się na pokład. Sąsiadka, dosłownie na moich oczach, osiwiała. To po prostu niewiarygod­ne, ale jej włosy zrobiły się białe jak śnieg. (…) Dzieci płakały za matkami, zrozpa­czone matki nawoływały swoje dzieci. W sa­lach znajdowało się jeszcze wielu ludzi. Gdy statek przechylił się na bok, zostali wypchnięci w głębiny przez rozbite luki. (…) Od czasu do czasu rozbrzmiewały strzały. Oficerowie zabijali swoje żony, a później siebie.”

Próbowano opuścić szalupy, ale żurawiki były zamarznięte. Kilka szalup spadło do wody, inne wywracały się, bo były przeładowane. By choć trochę opóźnić zatonięcie i uratować jak najwięcej ludzi, jeden z kapitanów, Harry Weller, kazał zamkną grodzie wodoszczelne. Tym samym odciął drogę ucieczki zgromadzonym pod pokładem. Jednak statek coraz bardziej zanurzał się w głębinach. Ludzie skakali wprost do wody. Jednak większość szybko marła z powodu hipotermii. „Opuściliśmy kajutę przez okno. Wskoczyliśmy bezpośrednio do wody. Mo­rze było lodowate. Wszędzie panowała ciemność. Ludzie wzywali pomocy, a nade mną wielki »Gustloff«, ogromna masa stali powoli była pochłaniania przez wodę”, wspominał Willi Johen, marynarz Kriegsmarine.

W pewnym momencie statkiem targnął wstrząs. Myślano, że to kolejna torpeda, ale nie. Statek zanurzył się tak głęboko, że zarył dziobem w dno. Woda zalewała cały kadłub. Kto został jeszcze na statku – ten ginął. Część rozbitków zgromadziła się na wysoko uniesionej rufie, czekając na ratunek. Pod nimi kłębiły się setki ludzi. Gdy statek zanurzył się ostatecznie, część ludzi pociągnął za sobą w wielkich wirach wodnych. Po 65 minutach po „Wilhelmie Gustloffie” zostały tylko tłumy rozbitków w wodzie i przeładowane szalupy.

Torpedowiec „Löwe” nie zauważył na początku zatonięcia statku. Dopiero po odebraniu sygnału zawrócił i przystąpił do akcji ratunkowej. Dla wielu ludzi było już jednak za późno. Wielu, których wyłowiono, zmarło na pokładzie. Inni umierali w szalupach i pontonach. Akcja ratunkowa, mimo iż szybka, ocaliła tylko od 900 do 1200 osób. Pozostali zginęli, głównie od zimna.

Mówi się o 9 tysiącach ofiar. Była to największa katastrofa morska w historii.

Morze wyrzucało ludzkie kości jeszcze przez kilka miesięcy od Ustki po Piławę. Część ofiar pochowano w tajemnicy w Łebie i Ustce. Większości nigdy nie udało się odnaleźć. Zginęło co najmniej 6600 osób, taką liczbę postawił członek załogi, Heinz Schön, wieloletni badacz dziejów statku. W 2013 roku, po śmierci pana Schöna jego ostatnim życzeniem było pochowanie we wraku statku. Operacja ”Hannibal” zakończyła się jednak dużym sukcesem. Ewakuowano 2 miliony osób, a śmierć pasażerów kilku statków , choć straszna, była zaledwie kroplą w morzu uratowanych.

 Aleksander Marinesko

Aleksander Marinesko po zatopieniu przetrwał ataki niemieckiej eskorty. Później zatopił również ”Von Steubena”, na którym zginęło 3500 osób. Stał się tym samym najskuteczniejszym podwodniakiem sowieckiej floty. Ku swojemu rozczarowaniu nie otrzymał tytułu Bohatera Związku Radzieckiego, a jedynie Order Czerwonego Sztandaru. Po wojnie pływał na statkach handlowych, a nawet trafił do łagru za kradzież. Stał się alkoholikiem. Podobno dowiedziawszy się, ilu cywilów storpedował, nie potrafił sobie tego darować. Zmarł w 1963 r. po długiej chorobie.

Nawet radziecka propaganda przez wiele lat nie podnosiła ataku Marineski. Wydawało się, że chwalenie się zabiciem tysięcy bezbronnych ludzi było nietaktowne nawet dla Sowietów. Dopiero w późnych latach 60., już po śmierci Marineski zaczęto kreować mity na ten temat, jak ”atak wieku”, ”uratowanie żeglugi alianckiej”, czy ”osobisty wróg Hitlera”. Sam wrak radzieccy nurkowie wielokrotnie penetrowali, szukając na nim Bursztynowej Komnaty. Od 1994 roku nie można nurkować w rejonie wraku, gdyż Polska uznała go za grób wojenny.

Zatopienie statku nie było zbrodnią wojenną. „Wilhelm Gustloff” szedł zaciemniony, był uzbrojony i był pod eskortą okrętu wojennego. To tak słowem przypomnienia dla tych, którzy podwodniaków niemieckich nazywają zbrodniarzami za zatapianie podobnych alianckich jednostek. Marinesko miał pełne prawo odpalić torpedy.

Prawdopodobnie gdyby statek szedł oznakowany symbolami Czerwonego Krzyża i rzęsiście oświetlony, to i tak by go zatopiono – Sowieci wielokrotnie pokazywali „swój szacunek” do oznakowań  Czerwonego Krzyża.

Zatopienie „Wilhelma Gustloffa” było raczej wątpliwym i mało chwalebnym sukcesem militarnym. Zapisało się w historii jako olbrzymia tragedia tysięcy cywilów i rannych. Często nikomu nic winnych ludzi. Zwykłych ludzi – dzieci, kobiet, starców. Dziewcząt z kobiecych służb i młodych żołnierzy.

Pamięci o tej tragedii dedykuję ten wpis.

 

Tekst: II Wojna Światowa w Kolorze

zdjęcia pobrano z Wilhelm Gustloff Museum

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.