Wyspa Potępionych

W 1882 roku, kiedy Thomas Edison rozświetlał Manhattan, niejaką Mary Williams przeniesiono do Przytułku w Domu Pracy Przymusowej, gdzie odbywała wyrok za włóczęgostwo.

Jej przypadek o tyle odbiegał od normy, że w Przytułku mieszkali prawie wyłącznie biali, a Mary Williams była Indianką z plemienia Creek. Okresowy spis pensjonariuszy wykazał, że w placówce znajdowało się w tym czasie dwóch czarnych mężczyzn, cztery czarne kobiety i jeden mężczyzna sklasyfikowany jako „brązowy”. (Mary Williams określono jako „czerwoną”). Gdzie się podziali wszyscy czarni ubodzy z Nowego Jorku?

Na wyspie Blackwell nie było ich wielu. W każdym skrzydle Domu Pracy Przymusowej wydzielono niewielką, osobną część dla „kolorowych” pensjonariuszy. Wydział Publicznych Instytucji Dobroczynnych i Poprawczych nie klasyfikował osób z ośrodka według koloru skóry, ale w spisie powszechnym sporządzonym w 1870 roku przez władze federalne pojawiają się nazwiska jedenastu czarnych pensjonariuszy na 1360 osób przebywających tego dnia w placówce, a dziesięć lat później osób takich jest pięć na 812 jej mieszkańców.

Jeśli chodzi o Zakład dla Obłąkanych to w 1871 roku, w którym dane po raz ostatni uwzględniały rasę pensjonariuszy, jako „kolorowych” określono sześciu mężczyzn i trzynaście kobiet. To stanowiło 2,57 procent ogółu osób umieszczonych w tym roku w placówce. W Szpitalu Miłosierdzia, największej lecznicy na wyspie, było 41 czarnych mężczyzn i 92 czarne kobiety – 1,7 procent pacjentów przyjętych w tym roku. Wyższy był natomiast odsetek czarnych skazanych na pobyt w Zakładzie Karnym – nieco ponad 6,5 procent (91 mężczyzn i 24 kobiety). Na początku kolejnego stulecia ich udział osiągnął 12 procent pensjonariuszy Zakładu Karnego, później już stale wzrastał.

Nie wszystkie placówki uwzględniały w swoich statystykach kolor skóry. Nie robił tego na przykład Przytułek dla Ubogich (przytoczone wcześniej liczby pochodzą ze spisu powszechnego sporządzonego przez władze federalne). Na początku, kiedy Przytułek podlegał placówce w Bellevue, umieszczano tam zarówno białych, jak i czarnych, jednakże z zachowaniem segregacji rasowej. Rada Miasta martwiła się, że Przytułek przyciąga „nadmierny odsetek uwolnionych niewolników” ale z raportu z 1837 roku wyłania się obraz tak niewyobrażalnego okrucieństwa, że trudno zrozumieć jak ktokolwiek mógłby uwierzyć, że czarni uznają życie w Przytułku za kuszące:

W budynku przeznaczonym dla osób kolorowych można było zobaczyć obraz rozpaczliwej nędzy (…) nigdy niewidziany przez naszych komisarzy w żadnym publicznym obiekcie, nawet dla najgorszych mętów społecznych. Był to obraz zaniedbania, brudu, zgnilizny i robactwa. (…) Tej samej odzieży i tej samej pościeli na przemian używali chorzy, konający, rekonwalescenci i osoby dobrego zdrowia, przez długi czas. (…) Był to obraz, którego wspomnienia budzą zbyt wielkie obrzydzenie, żeby go opisywać.

czytaj też:  >>> Piekło wyspy Blackwell <<<

Przypadki złego traktowania pacjentek były nagminne. Nellie Bly opisała, jak panna Grady i inne salowe drażniły się z pewną podopieczną:

Nie przestawały, dopóki to prostoduszne stworzenie nie zaczęło wrzeszczeć i płakać. (…) Kiedy już się zabawiły i doprowadziły ją do płaczu, zaczęły ją karcić i mówić, żeby się uciszyła. Wpadała w coraz większą histerię, a one się na nią rzuciły, spoliczkowały ją i z wyraźnym upodobaniem tłukły po głowie. Biedne stworzenie płakało jeszcze głośniej, więc zaczęły ją dusić. Tak, po prostu ją dusiły. Potem wsadziły ją do izolatki i słyszałam, jak jej przerażone krzyki stają się przytłumione. Po kilku godzinach wróciła do świetlicy i do końca dnia wyraźnie widziałam ślady palców na jej gardle.

Wygląda na to, że ukaranie pacjentki podochociło je do dręczenia innych kobiet. Wróciły do świetlicy i wzięły w obroty siwowłosą staruszkę, którą nazywały albo pani Grady, albo pani O’Keefe. Była obłąkana, prawie bez przerwy mówiła do siebie i najbliższego otoczenia. Nigdy nie odzywała się głośno, w opisywanym przeze mnie momencie siedziała i nieszkodliwie bajdurzyła pod nosem. Chwyciły ją za siwe włosy i wywlekły wrzeszczącą i zawodzącą z pokoju. Ją też zabrały do izolatki. Jej krzyki stopniowo przycichały, a potem ustały.

Bly relacjonowała, że była zamknięta w sali z sześcioma innymi kobietami i bała się zagrożeń, które w przeszłości powtarzały się wieleokrotnie.

„Dwie z nich chyba w ogóle nie spały, tylko przez całą noc majaczyły. Jedna wstawała z łóżka i snuła się po pokoju, szukając kogoś, kogo chciała zabić. Nie potrafiłam oprzeć się myśli, jak łatwo by jej było zaatakować którąś z innych pacjentek zamkniętych razem z nią”.

Doktor Ingram, protektor Bly przeniósł ją na spokojniejszy oddział, na którym nie mogła jej dosięgnąć ręka agresorki – panny Grady.

czytaj też: >>> Nellie Bly. Reporterka w domu wariatów. <<<

Nellie napisała, że kazano im siedzieć cały dzień na ławkach bez książki ani niczego innego, co pozwoliłoby im wypełnić jakkolwiek czas. French był wcześniej świadkiem podobnych zachowań  i próbował jakoś rozwiązać zaistniały problem. Była to może najmniej sensacyjna część reportażu Bly, ale przecież ciche okrucieństwo jest pod pewnymi względami najbardziej upiorne:

Nigdy nie byłam tak zmęczona, jak podczas siedzenia na tych ławkach. Kiedy pacjentki dla urozmaicenia siadały na jednej stopie albo bokiem, zawsze je karcono i kazano usiąść prosto. Nie wolno im było nawet rozmawiać, a jeśli któraś wstała, żeby rozprostować kości, kazano jej usiąść. Co oprócz tortur potrafiłoby szybciej doprowadzić człowieka do obłędu niż takie traktowanie? Mamy tutaj kobiety przysłane na leczenie. Chciałabym, żeby doświadczeni fachowi lekarze, którzy potępiają mnie za moją akcję, wzięli najzupełniej zdrową na ciele i umyśle kobietę, zamknęli ją i kazali siedzieć od szóstej rano do ósmej wieczorem na ławce z pionowym oparciem, nie pozwolili jej rozmawiać ani się poruszać, nie dali jej nic do czytania, odcięli ją od informacji o świecie, fatalnie karmili i brutalnie traktowali. Wtedy sami by zobaczyli, że wystarczą dwa miesiące, aby został z niej psychiczny i fizyczny wrak.

Nellie nie wspomniała o stosowaniu środków krępujących, ale później napisała, że pensjonariuszki „nieustannie faszerowano chloralem, żeby siedziały cicho”

Pod koniec swojego reportażu reporterka napisała:

„Zakład dla Obłąkanych na wyspie Blackwell to szczurza pułapka zastawiona na ludzi. Łatwo jest się tam dostać, lecz nie sposób się wydostać. Zamierzałam dać się zamknąć na oddziałach dla agresywnych pacjentek, w Azylu i Schronisku”

Kiedy jednak dowiedziała się od pensjonariuszek, jak bardzo jest tam niebezpiecznie zmieniła zdanie i postanowiła „nie narażać zdrowia”

 

Powyższe fragmenty pochodzą z książki autorstwa Stacy Horn „Wyspa Potępionych. Prawdziwa historia wyspy Blackwell” do kupienia tutaj: https://www.swiatksiazki.pl/wyspa-potepionych-prawdziwa-historia-wyspy-blackwell-6512011-ksiazka.html

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.